"Glee" (3x10): I znów powiało nudą

Fot. FOX

Fot. FOX

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. "Glee" wróciło. Jednak czy było warto czekać?

Nie ukrywam, iż zimowa przerwa zaostrzyła mi apetyt, w związku z czym miałam naprawdę spore oczekiwania co do 10. odcinka. Niestety skończyło się jak zwykle w takich przypadkach – sporym zawodem. Nie mogę napisać, że odcinek był zły – bo nie był. Niestety nie mogę napisać też, że był to odcinek, który jakoś szczególnie utkwi w pamięci wszystkim gleekom. Ot, zwykły średniak. Dlaczego go tak oceniam? Powód jest prozaiczny. Często po prostu wiało nudą. Tak się złożyło, że pary przewijające się w tym odcinku nie rozpalają jakoś mojej wyobraźni. Oczywiście jeśli ktoś kibicuje Willowi i Emmie czy Samowi i Mercedes, pewnie będzie względnie zadowolony.

Jeżeli miałabym oceniać go w skali szkolnej dałabym pewnie 4+. Ten plus należy się za fenomenalny występ gościnny – choć właściwie trudno nazwać go występem. Wewnętrzny głos Becky "zagrała" Helen Mirren, która, jak głosi anegdota, akurat znalazła się w studio FOX-a podczas nagrywania odcinka. Zamysł przypadkowy czy nie – wypadło znakomicie.

Skoro jesteśmy już przy Becky, to muszę szczerze powiedzieć, że czułam się trochę dziwnie oglądając ją z Artiem. W ogóle ten odcinek upłynął pod znakiem "dziwnych konfiguracji". Rozumiem, że "Glee" lubuje się w łamaniu tabu i przełamywaniu pewnych społecznych (a raczej mieszczańskich) norm, ale czy nagie "słitfocie" Becky były potrzebne? Choć skoro każda postać jest przerysowana, to dlaczego akurat ta z zespołem Downa ma być inna?

O ile "flirt" Becky i Artie'ego wydaje się być jednoodcinkowym wątkiem, to uczucie Sama i Mercedes już nie. I tu pojawia się problem. Ta dwójka to chyba jedna z najbardziej abstrakcyjnych par w historii "Glee". Być może nie dziwiłaby tak, gdyby scenarzyści poprowadzili ten wątek w miarę naturalnie. Niestety, popełniony został największy serialowy grzech. Wszystko co najważniejsze wydarzyło się "poza kadrem" i zostaliśmy postawieni przed faktem dokonanym – S. i M. mieli wakacyjny romans. O tym, że się spotykają, dowiedzieliśmy się w ostatnim odcinku 2. sezonu. Natomiast w pierwszym odcinku bieżącego dowiedzieliśmy się, że zerwali ze sobą.

Za całe to zamieszanie odpowiedzialny jest Chord Overstreet – odtwórca roli Sama Evansa, który najpierw zrezygnował z roli, a potem niczym syn marnotrawny powrócił na łono gleekowej rodziny. Tylko że zadaniem scenarzystów było jakoś zręcznie wpleść tę nieobecność w scenariusz. Niestety zamiast tego mamy typowy dla tego serialu zabieg, a mianowicie skleconą naprędce scenę na odwal się. Czy naprawdę nie można było wymyślić nic bardziej oryginalnego? Pomijając już fakt, że wszyscy rok - dwa lata temu inaczej wyglądali, to czy Sam nie był wtedy przypadkiem z Quinn? Choć i tak dobrze, że producenci w ogóle pofatygowali się i wyjaśnili ten romans, a nie ucięli wątek, jak to mają w zwyczaju.

Jeżeli mówimy już o absurdalnych wyjaśnieniach, to w kolekcji mamy też flashbacki Santany i Tiny. Założyłam, że jeśli dziewczyny śpiewają piosenkę zatytułowaną "The First Time Ever I Saw Your Face", to ich wspomnienia dotyczą pierwszego spotkania, zresztą o to właśnie pytały dziewczyny Schustera. Tylko czy przypadkiem Tina i Mike nie poznali się w glee clubie? A Santana chyba dużo wcześniej poznała Brittany? Jedynie pierwsze spotkanie Rachel i Finna było w miarę logiczne. Ale akurat w przypadku "Britany" jestem w stanie wybaczyć tę niefrasobliwość. Ich miniscena była naprawdę przeurocza.

No i uspokoiło ona trochę moje skołatane serce, oddane bez reszty tej właśnie parze. Ostatnia wypowiedź Jane Lynch ("Nie sądzę, że Brittany jest zakochana w Santanie, Brittany kocha Santanę tylko jako przyjaciółkę") prawie wpędziła mnie w depresję. Pewnie dlatego, że sama mam podobne odczucia. Owszem, Britt jest przerysowaną głupiutką blond pomponiarą, ale w 2. sezonie jednak była w stanie prowadzić normalną rozmowę z Santaną. W 3. sezonie nie wypowiada ani słowa. A odcinek, w którym Santana dokonuje coming outu w ogóle był istnym kuriozum – B. wypowiedziała chyba tylko jedno zdanie: "Ona jest normalna". W ostatnim odcinku nie odezwała się wcale, za to mieliśmy słodkie trzymanie się za rączki, co daję nadzieję na pozytywny rozwój zdarzeń. Tylko czy Britt nawet podczas tej sceny musiała zezować w ścianę czy gdziekolwiek się tam patrzyła?

Lekki dysonans mają prawo czuć też fani "Klaine". Dlaczego u licha w scenie w Breadstix nie było Blaine'a? W ogóle jeśli jesteśmy już przy scenie w restauracji – dlaczego Finn, siedząc obok Rachel mówi, że nie ma w życiu czegoś wyjątkowego? Azwiązek z nią to pies? No i totalny bezsens na tle tej sceny – oświadczyny Finna. "Finchel" to sztandarowy związek "Glee" i trudno przewidywać, aby to się źle skończyło. Z drugiej jednak strony, celem numer jeden Rachel są studia w Nowy Jorku. Cóż, cokolwiek się zdarzy przyda się trochę dramatyzmu w tym ostatnio nudnym i przewidywalnym związku.

Jeżeli fani wyżej wymienionych bohaterów byli zakłopotani to fani Sue Sylvester byli wstrząśnięci. Co scenarzyści wyprawiają z tą postacią? Rozumiem, że pokazuje ona swą lepszą stronę charakteru w relacjach z niepełnosprawną Becky. Jednak tego, że była ona wśród wręczających różę Emmie, jako wielka fanka Sue nie jestem w stanie zaakceptować. Zastanawiający jest też brak jakiejkolwiek typowej dla charakteru postaci reakcji na ślub Besite z Cooterem. Miejmy nadzieję, że scenarzyści nie chcą przerobić jednego z najlepszych serialowych czarnych charakterów ostatnich lat w bezpłciową ciocię klocię.

Na koniec wypada ocenić clue "Glee", czyli piosenki. Niestety. poziom muzyczny zrównał się do poziomu odcinka. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę, że jakakolwiek piosenka Rihanny podoba mi się bardziej w oryginale. Rozumiem, że producenci starają się wcisnąć jak najwięcej najnowszych hitów, ale czy wypełniony do granic autotune'em "We Found Love" muszą śpiewać Lea i Naya, właścicielki tak dobrych głosów? To zakrawa na profanację ich talentu. O wiele milsza od fonii była wizja – bardzo przyjemnie oglądało się ten basenowy występ. Podobne odczucia mam co do "Summer Nights" – oryginał raczej trudno przebić, ale oglądało się całkiem fajnie.

Niestety mało przyjemnie patrzyło się "Moves Like Jagger"/"Jumpin' Jack Flash" – wygibasy pana Schue były bardziej deprymujące niż seksowne. Na tym tle wyróżnia się "Without You". Aranż tej "rąbanki", jak i wokal Lei zamienił tę piosenkę w całkiem niezłą kompozycję. I tak właśnie powinni postępować producenci, że wszystkimi plastikowymi hiciorami.

Cóż, na szczęście o wiele lepszy materiał muzyczny wzięli sobie na warsztat twórcy w 11. odcinku - piosenki Micheala Jacksona. To nie może nie wyjść epicko.