Kultowe seriale HBO, które warto zobaczyć w HBO GO

"Sześć stóp pod ziemią" (Fot. HBO)

0
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12

Otwarte HBO GO oznacza łatwy dostęp do takich perełek HBO jak "The Wire", "Rodzina Soprano", "Deadwood" czy "Carnivale". Polecamy dwunastkę seriali najbardziej kultowych z kultowych.

"The Wire"

"The Wire" (Fot. HBO)

"The Wire" (Fot. HBO)


Nasz przegląd zaczynamy od mocnego uderzenia, bo "The Wire" - które obchodziło w marcu 10-lecie swojego finału - to jeden z najlepszych, a dla wielu widzów i krytyków wręcz najlepszy serial w historii telewizji. Produkcja Davida Simona (ostatnio twórcy "Kronik Times Square") to wielowątkowa, skomplikowana, nakreślona z reporterską dokładnością opowieść o Baltimore. Czyli jednym z tych robotniczych, zróżnicowanych pod względem etnicznym amerykańskich miast, gdzie mało komu żyje się jak w bajce, a przestępczość jest wyjątkowo wysoka.

Simon pokazuje Baltimore z różnych perspektyw: detektywów policji, dilerów narkotyków, robotników portowych, lokalnych polityków i sędziów, nauczycieli, dziennikarzy itd. W ciągu pięciu sezonów, wyemitowanych w latach 2002-2008, widzowie poznali serialowy świat od każdej możliwej strony, nie raz, nie dwa dostając dowody na to, jak skomplikowany i często po prostu zgniły jest ten system - system, w którym nie tak znów trudno rozpoznać problemy z własnego podwórka, nawet jeśli bohaterowie w większości są czarnoskórzy, a broń widzieliśmy tylko w filmach.

Bo "The Wire" to nie tyle serial kryminalny (choć tak najczęściej jest klasyfikowany), ile panorama społeczna, w której wciąż powraca motyw zderzenia jednostki z instytucją czy szerzej systemem. Serialowym Baltimore rządzą układy i układziki, nieważne, czy patrzymy akurat na polityczną wierchuszkę, czy na policjantów zmagających się z brakiem podstawowego sprzętu, czy na nastoletnich chłopaków pracujących "na rogu" dla lokalnych gangsterów. Każdy jest tu w pewnym sensie umoczony, każdy codziennie musi kombinować, jak przetrwać.

Każdy sezon skupia się na trochę innej tematyce - kolejno mamy handel narkotykami, port i związki zawodowe, miejską politykę i biurokrację, system szkolnictwa i w finałowym sezonie media. "The Wire" na początku przytłacza skomplikowaniem tego świata i liczbą bohaterów, przewijających się przez ekran, ale też nagradza widza, który poświęca serialowi pełną uwagę. Bohaterów są dosłownie setki i mają oni skłonności do pojawiania się i znikania. Ci najbardziej charakterystyczni to m.in. policjanci Jimmy McNulty (Dominic West) i Bunk Moreland (Wendell Pierce), lokalny gangster Stringer Bell (Idris Elba), Robin Hood z shotgunem Omar Little (Michael K. Williams) czy obiecujący dobrą zmianę polityk Tommy Carcetti (Aidan Gillen - tak, Littlefinger z "Gry o tron"!).

Wymienić wszystkich nie sposób, tak jak nie sposób opisać "The Wire" w kilku akapitach. To serial, którego niezwykłość łatwiej docenić po latach, kiedy wreszcie można obejrzeć całość jednym ciągiem w takim serwisie jak HBO GO. Oglądając go w telewizji z tygodnia na tydzień łatwo było to i owo przegapić. Zwłaszcza że przydają się tutaj napisy, i to nie tylko tym, którzy słabo znają angielski. Z rozumieniem serialowego slangu mieli problem nawet Amerykanie, a oglądanie tego serialu po polsku z lektorem to też średni pomysł.

Pokazujące świat realistycznie - ale i nie bez dystansu i humoru - "The Wire" to także jeden z najbardziej niedocenianych seriali w dziejach. Oglądalność, w porównaniu z emitowaną w tym samym czasie "Rodziną Soprano", była taka sobie, a i krytycy nie od razu zorientowali się, że trzymają w ręku czyste złoto. Serial nie dostał żadnej nagrody Emmy, a nominacje miał tylko dwie - za scenariusze odcinków. Mimo to powstało aż pięć sezonów, w których Simon zaprezentował panoramę Baltimore w iście Dickensowski sposób. [Marta Wawrzyn]

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12