Które seriale warto oglądać? Oceniamy nowości z marca (część 1)

"Kruk. Szepty słychać po zmroku" (Fot. Canal+)

0
1 2 3 4 5 6 7 8 9

"Rise" - nowy serial NBC, w Polsce odcinki co tydzień na ShowMax

Rise

"Rise" (Fot. NBC)


W dużej mierze mogę tutaj powtórzyć to, co napisałam przy "Champions": jest to serial, który bardzo chciałam polubić, m.in. ze względu na osobę jego twórcy - Jasona Katimsa - ale kolejne odcinki przekonują mnie tylko, że prawdopodobnie nie będzie mi to dane. Bo w "Rise" - opowieści o szkolnym kółku teatralnym, wystawiającym musicale - nie ma niczego, czego bym już nie widziała: częściowo to "Glee", częściowo "Friday Night Lights", a i postacie za nic nie chcą stanąć na własnych nogach.

Głównym problemem jest postać nauczyciela, Lou Mazzuchellego (Josh Radnor), który miał porywać tłumy - w serialowym miasteczku i przed telewizorami - i delikatnie mówiąc, średnio mu to idzie. Z pewnością gorzej niż panu Schue z "Glee", który po prostu robił swoje - energicznie i z humorem - zamiast wygłaszać natchnione mowy o tym, jakie to wszystko jest ważne i przełomowe. Pan Mazzu to postać tak śmiertelnie poważna, że aż nieznośna. Brak dystansu tego bohatera zabija, bo choć ma on fajne pomysły, to jednak bardzo trudno w nim zobaczyć cudotwórcę, za którego każe nam go uważać serial. A niestety to na jego perspektywie skupia się "Rise".

Dzieciaki wypadają lepiej i mają duży talent, ale miks problemów, z którymi się zmagają, też znamy zarówno z "Glee", jak i "Friday Night Lights". Nie brakuje scen, które wydają się wręcz kopią największego serialowego hitu Katimsa. I tylko przez moment wydaje się, że to dobrze. Bo tak, "Rise" da się oglądać bez bólu, a momentami nawet z przyjemnością oraz świadomością, że jest to jeden z tych seriali, które mają coś do powiedzenia. Nie jest to jednak ani taka emocjonalna petarda jak poprzednie seriale Katimsa, ani nasze nowe "Glee". To serial, który ciągle wydaje się do czegoś podobny - i trochę od tego czegoś słabszy. [Marta Wawrzyn]

1 2 3 4 5 6 7 8 9