HBO będzie jak Netflix? Nowy właściciel ma plany, które mają prawo niepokoić fanów dobrych seriali

"Gra o tron" (Fot. HBO)

0

Czyżby czasy telewizji jakościowej się kończyły? Nowy właściciel HBO chciałby, żeby stacja oferowała więcej różnych treści i była bardziej mainstreamowa. Czyli taka jak Netflix.

"Mamy różne seriale skierowane do różnej publiki. Nie ma złych seriali, są tylko takie, które interesują innych ludzi. Gusta są różne" - powiedział nam kiedyś szef Netfliksa, Reed Hastings, kiedy zapytaliśmy go, po co właściwie platformie takie produkcje jak "Fuller House", niemające nic wspólnego z telewizją jakościową. Od tej rozmowy upłynęły prawie dwa lata i dziś już wiemy dobrze, że Netflix nie ma ambicji być drugim HBO. To serialowy fast food, w którym coraz trudniej znaleźć coś wartościowego.

HBO od dwudziestu lat stosowało tę samą strategię - stawiania nie na ilość, tylko na jakość. I były efekty. Kultowe seriale HBO to do dziś pojęcie równoznaczne z: "Najlepsze seriale w historii telewizji". "Obejrzyj ten serial, bo to serial HBO" przez lata wystarczało za argument. A teraz ktoś chce to zmienić.

W "The New York Times" ukazał się artykuł o tym, co dla HBO oznacza zmiana właściciela. Po tym jak AT&T przejęło Time Warner, HBO stało się częścią tego gigantycznego koncernu. Wypowiadający się w jego imieniu John Stankey, który teraz nadzoruje HBO jako szef Warner Media, oznajmił podczas spotkania z pracownikami (spotkanie nie było otwarte dla mediów, ale "The New York Times" dotarł do nagrania), że stację czeka trudny rok - będzie dużo pracy i "trochę też zmiana kierunku".

Nikt w HBO oczywiście nie używa oficjalnie nazwy streamingowego konkurenta, ale to właśnie oznacza zmiana kierunku - być bardziej jak Netflix. Stankey chciałby, aby HBO miało więcej klientów i aby ci spędzali więcej czasu, oglądając seriale tej stacji. Co oznacza, że potrzeba po prostu więcej seriali - i to takich, które będą bardziej popularne i bardziej mainstreamowe.

- Potrzebujemy, żeby użytkownicy byli angażowani na kilka godzin każdego dnia. Nie tygodnia, nie miesiąca - dnia. Rywalizujemy z urządzeniami, które mieszczą się w dłoni i przykuwają uwagę ludzi co 15 minut. Chcę, żebyśmy byli w stanie zaangażować ludzi na kilka godzin. Czemu to takie ważne? Bo w ten sposób dostaniemy więcej danych i informacji o kliencie, które będziemy mogli zmonetyzować poprzez różne modele reklamy i subskrypcji. To jest bardzo ważne, jeśli mamy być graczem w świecie jutra - tłumaczył Stankey.

Telewizja, która stworzyła takie produkcje jak "Rodzina Soprano", "The Wire" czy "Gra o tron", przez lata słynęła z tego, że świadomie stawiała na jakość, a nie ilość. Niedzielna ramówka to najczęściej dwa, trzy seriale, z których każdy jest znakomity. Problem w tym, że wiele z nich to tytuły niszowe, uwielbiane przez krytyków i mające niską oglądalność (tak jest zwłaszcza z komediami, jak "Barry" czy "High Maintenance").

Nowi szefowie HBO chcą to zmienić, z jednej strony zachowując to, co czyni tę markę wyjątkową, a z drugiej, poszerzając grono klientów i przejmując więcej ich cennego czasu. Taki jest oficjalnie plan, a jak przełoży się on na rzeczywistość, zobaczymy w najbliższych latach.

Jako użytkownicy polskiego HBO GO możemy zobaczyć, jak to wygląda w praktyce - obok kultowych tytułów i znakomitych nowych produkcji HBO, w serwisie można znaleźć wszystko. Także tytuły, które krytycy zmieszali z błotem, jak "Six", "Krypton" albo "Syrena". I to strategia, która działa. Wiosną, kiedy pojawiła się nowa aplikacja HBO GO, zdarzało mi się sprawdzać, jakie produkcje są w topie najczęściej oglądanych tytułów tygodnia. "Krypton" i "Syrena" rządziły razem z "Westworldem", "Barry'ego" nie było widać w ogóle.

To pokazuje, że nowy kierunek rozwoju prawdopodobnie nie jest błędem - Reed Hastings ma rację, mówiąc, że gusta są różne i nie wszystkich interesują produkcje polecane przez krytyków. Poza tym Netflix ma rację jeszcze w jednym - ludzie lubią seriale lokalne. I HBO idzie także tą drogą, zamawiając coraz więcej projektów z różnych stron świata. Dodajmy, że nie zawsze najlepszej jakości.

"The New York Times" podkreśla, że HBO nie ma problemów finansowych. W ostatnich latach stacja wydawała na swoje programy ponad 2 mld dolarów rocznie, a zarobiła w tym czasie ok. 6 mld dolarów. To ogromne liczby, ale daleko im do netfliksowych, które w tym roku przeznaczy na swoje seriale i filmy ok. 12-13 mld dolarów.

Jeśli HBO chce być w tej grze gigantów, zmiany są nieuniknione. Czasy "Rodziny Soprano" już dawno za nami, a i czasy "Gry o tron" się kończą, sprawiając, że przyszłość stacji staje się dość niepewna. Zdaniem nowego właściciela, trzeba wykombinować, jak rozszerzyć ofertę, nie tracąc przy tym na jakości.

Tyle że moim (skromnym) zdaniem to po prostu nie jest możliwe. Produkcje jakościowe nie miały i nigdy nie będą miały takiej oglądalności jak seriale środka. Netflix próbuje zadowolić fanów produkcji jednego i drugiego typu, coraz częściej zawodząc jednych i drugich. Nie dorobił się też nadal hitu na miarę "Gry o tron" - dotychczasowe superprodukcje zwyczajnie nie wypaliły i nie wiadomo, czy "Wiedźmin" będzie w stanie przełamać złą passę.

Szefowie HBO potrafią coś, czego nie potrafią ludzie w Netfliksie: wyławiać prawdziwe perełki z mnóstwa nowych projektów, z którymi przychodzą do nich twórcy. Tymczasem Netflix bierze wszystko jak leci - a przynajmniej takie sprawia wrażenie. I od razu zamawia całe sezony, zamiast pilotów, co skutkuje sporych rozmiarów porażkami, w stylu "Gypsy".

Dopóki serialowa bylejakość i filmowe blockbustery zalewać będą HBO GO, wszyscy możemy z tym żyć. Majstrowanie przy marce HBO to już większy problem - od lat kojarzy się ona bowiem z jakościowymi produkcjami, które można oglądać w ciemno. Seriali jest mniej, ale prawie każdy nowy tytuł to taki, o którym się mówi i o którym warto mówić. Porażki z ostatnich kilku lat można policzyć na palcach jednej ręki, średniactwo też mniej rzuca się w oczy niż na Netfliksie.

Szkoda, że w "świecie jutra" ta strategia okazuje się być przestarzała.