10 najlepszych seriali 2018 wg Michała Paszkowskiego

"The Americans" (Fot. FX)

0

Trzy pozycje absolutnie obowiązkowe i cała masa znakomitości – tak w dużym skrócie widzę serialowy rok 2018. Na mojej liście nie zabrakło "The Americans", "The Good Place" czy "Obsesji Eve".

W selekcji tegorocznej dziesiątki szukałem pozycji, które nie tylko zachwyciły mnie swoim perfekcyjnym wykonaniem i emocjonującymi historiami, ale też pokazały kierunki, którymi seriale być może będą podążać w najbliższych latach. Ośmielę się nazwać najlepszą trójkę mojej listy tegorocznymi arcydziełami, wśród których dwa pierwsze numery przez dłuższy czas toczyły zażartą walkę o najwyższe miejsce na podium. Ostateczny numer 1 przypieczętował zwycięstwo absolutnie genialnym finałem, wobec którego jakakolwiek konkurencja pozostałaby bez szans. Poza tą trójką, kolejność innych pozycji jest raczej umowna i wszystkie spokojnie zasłużyłyby na zamknięcie w kapsule czasu dla potomnych, którzy chcieliby dowiedzieć się, co najlepszego miały do zaoferowania seriale w 2018 roku.

Przy okazji nie mogę jednak pominąć tytułów, które choć nie zmieściły się w dziesiątce, to i tak poleciłbym każdemu, kto chciałby dodać coś jeszcze do swojej wydłużającej się listy oglądania. Przepełnione rodzinnym ciepłem "One Day at a Time" wykorzystało w tym roku formę tradycyjnego sitcomu jeszcze lepiej niż w pierwszym sezonie, a "The End of the F***ing World" przedstawiło bardzo dobry argument za odcinkami nieprzekraczającymi 20 minut. "Patrick Melrose" dał Benedictowi Cumberbatchowi jedną z najlepszych ról w karierze, a "Sorry For Your Loss" przypomniało, że Elizabeth Olsen to aktorski talent swojego pokolenia, na który szczególnie warto mieć oko. "Pose", czyli ostatni serial Ryana Murphy'ego dla FX, okazał się zarazem jednym z jego najlepszych i od razu porwał mnie w swój brokatowy świat, którego nie chce się szybko opuszczać.

Z kolei swój ostatni (a dopiero drugi) sezon zaprezentował "American Vandal", który z rzadko spotykaną wnikliwością i zrozumieniem zagłębił się w życia współczesnych nastolatków. W serialowym krajobrazie bardzo brakować też będzie "Unbreakable Kimmy Schmidt", która zaledwie sześcioma odcinkami przypomniała, że jest obecnie jedną z najśmieszniejszych i najbardziej błyskotliwych komedii. W swoich najlepszych momentach cudownie dziwaczne "Forever" potrafiło uderzyć z niezwykle emocjonalną siłą, a "Maniac" to prawdopodobnie najbardziej kreatywna oda do przyjaźni, jaką kiedykolwiek widziałem.

Nie marnując już więcej czasu czytelników (którzy mogliby go poświęcać na oglądanie kolejnych seriali), przedstawiam moją najlepszą dziesiątkę.

10. "Barry"

Bill Hader wreszcie doczekał się projektu, w którym w pełni błyszczy jako znakomity aktor zarówno komediowy, jak i dramatyczny. Tragikomedia zadająca pytanie o to, czy da się kompletnie porzucić własną przeszłość, satyra na aspirujących aktorów szukających swojego szczęścia w Hollywood i trzymająca w napięciu opowieść o płatnym zabójcy w jednym – "Barry" to znakomicie zgrany miks gatunków, który nigdy nie traci z oczu swojego skonfliktowanego i fascynującego głównego bohatera. HBO w swoim serialu kompletnie zamazało granicę między komedią a dramatem i tym samym zaserwowało jedną z najbardziej oryginalnych pozycji w swojej ofercie.

9. "Homecoming"

Półgodzinne dramaty nadzieją dla fanów seriali, którym brakuje czasu na kolejne produkcje. Sam Esmail udowodnił, że 30-minutowe odcinki zdecydowanie wystarczą w przypadku paranoicznego thrillera, który równie znakomicie buduje napięcie, co opowiada o swoich nietuzinkowych postaciach. Silnie inspirujące się kinem lat 70. "Homecoming" było zarazem powiewem świeżości, jak i wizualną perełką, w której każdy dokładnie przemyślany kadr był jak małe dzieło sztuki. Dodajmy do tego znakomitą obsadę na czele z Julią Roberts i dostajemy serial, dzięki któremu macie powód, aby założyć konto w Prime Video (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście).

8. "The Good Place"

Od końcówki 2. sezonu aż po nieziemsko fantastyczny grudniowy finał jesiennej części 3. serii, tegoroczne odcinki "The Good Place" resetowały formułę serialu co najmniej kilka razy, nigdy nie pozwalając nam zabawić zbyt długo w danej wersji serialu. W każdej jednak zachwycały swoją pomysłowością, przekomicznymi gagami i nieustannym dociekaniem, co to znaczy być dobrym człowiekiem i jak ten stan osiągnąć. Może to i monotonne, że ta wyjątkowa komedia Michaela Schura co roku ląduje w mojej dziesiątce, ale bez niej taka lista byłaby najzwyczajniej niepełna.

7. "Ostre przedmioty"

Serial, któremu udało się zwerbować Amy Adams do zagrania głównej roli, miał już u mnie na wstępie punkty bonusowe, ale szybko okazało się, że "Ostre przedmioty" wcale ich nie potrzebują. Jean-Marc Vallée, czyli nadworny twórca prestiżowych miniseriali dla HBO, zaserwował tym razem wciągający bez reszty thriller psychologiczny, który od elementów kryminalnych wolał zagłębiać się w psychikę swoich krzywdzących się nawzajem bohaterek. Adams do spółki z Patricią Clarkson i Elizą Scanlen stworzyły jeden z najbardziej przerażających rodzinnych portretów w tym roku, a atmosfera dusznego i przytłaczającego Wind Gap pozostała ze mną jeszcze na długo po zakończonym seansie.

6. "Obsesja Eve"

Ta czysto ekscytująca zabawa w kotka i myszkę między płatną zabójczynią a agentką MI5 nie zasługiwałaby na aż tak wysokie miejsce w rankingu, gdyby nie trzy genialne kobiety stojące za tym serialem. Grające główne role Sandra Oh i Jodie Comer już osobno czynią każdą scenę ze swoim udziałem prawdziwą perełką, ale we wspólnych scenach ich chemia bije na głowę wszystkie inne serialowe duety tego roku. Z kolei po drugiej stronie kamery twórczyni i scenarzystka Phoebe Waller-Bridge obdarowała tę historię swoim markowym, inteligentnym i ciętym dowcipem, dzięki któremu "Obsesja Eve" wzbija się ponad skostniałe gatunkowe schematy. Drugi serial o płatnych mordercach na tej liście to piekielnie dobra rozrywka.

5. "High Maintenance"

Antologia, której kolejne odcinki są jak oryginalne pocztówki o Nowym Jorku i jego mieszkańcach, wysyłane przez zakochanych w swoim mieście twórców. W drugim sezonie "High Maintenance" jeszcze lepiej niż dotychczas pokazało, jak mistrzowsko posługuje się oszczędnymi środkami, aby stworzyć bogatą panoramę wielkiej, różnorodnej metropolii. Kameralne historie w tegorocznych odcinkach sprawiały wrażenie, jakby przedstawiały nowojorczyków wprost wyrwanych z prawdziwego świata. W swoich obserwacjach codzienności i jej (nad)zwyczajności "High Maintenance" nie ma sobie równych.

4. "Dear White People"

Drugi sezon satyrycznej komedii Justina Simiena to prawdopodobnie najlepsza rzecz na Netfliksie, której nie oglądacie. A jeśli już znacie tę produkcję to dobrze wiecie, jak w drugim sezonie "Dear White People" uczyniło z Uniwersytetu Winchester jedną z najciekawszych serialowych instytucji, wprost pękającą w szwach od własnych nietypowych tradycji i intrygujących sekretów. Znakomita młoda obsada dostała jeszcze większe pole do popisu, zapełniając Winchester wielowarstwowymi postaciami z krwi i kości. Dodajmy do tego jeszcze bezkompromisowy obraz napięć rasowych w amerykańskim społeczeństwie i otrzymujemy wyjątkowe połączenie inteligentnej i szalenie zabawnej komedii ze sprawnie podanym przesłaniem. Czego chcieć więcej? Może tego, aby trzeci sezon nie był już ostatnim.

3. "BoJack Horseman"

"BoJack" awansował o oczko w porównaniu z moją zeszłoroczną listą i poprzednim sezonem, po którym szczerze wątpiłem, że ta animowana tragikomedia będzie w stanie przebić niezwykle wysoko postawioną poprzeczkę. Po tegorocznym seansie cieszyłem się jak nigdy, że tak bardzo się myliłem. Najlepszy z dotychczasowych sezon "BoJacka" uczynił z każdego odcinka małe arcydzieło, zakwestionował nasze przywiązanie do głównego bohatera, pytając, czy rzeczywiście powinniśmy mu kibicować, jeszcze bardziej pogłębił emocjonalne podróże swoich drugoplanowych bohaterów i przy okazji przedstawił najbardziej zniuansowany komentarz do #metoo w tegorocznej telewizji. W jaki sposób kolejny sezon mógłby być jeszcze lepszy?

2. "Atlanta"

Ze zwinnością przeskakujący między stylami i gatunkami drugi sezon "Atlanty" to dzieło artysty, którego w tym roku nieraz obwoływano już mianem geniusza. Nawet jeśli uważacie ten komplement za trochę zbyt górnolotny, to nie da się zaprzeczyć, że Donald Glover i ekipa dokonali w drugim sezonie swojego serialu prawdziwych cudów. Stworzyli bowiem serię jedenastu mikrofilmów, bezbłędnie łączących się w niezwykle oryginalny, surrealistyczny a zarazem boleśnie prawdziwy portret życia współczesnych Afroamerykanów. Dostarczając nam odcinki, które śmiało można nazwać już klasykami, jak wybitny "Teddy Perkins" czy też "FUBU", "Woods" albo "Helen", "Robbin' Season" znalazł już swoje miejsce na kartach serialowej historii.

1. "The Americans"

Można na finał "The Americans" patrzeć jak na pamiątkę po mijającej erze seriali. Nie chodzi tu jedynie o epokę antybohaterów, gdyż nawet sami twórcy produkcji FX uczynili z Philipa i Elizabeth Jenningsów postaci na tyle złożone, że już łatka antybohatera wydaje się ich spłycać. Mam raczej na myśli fakt, że w natłoku miniseriali i produkcji, które da się pochłonąć w jedno popołudnie, precyzyjnie budowana przez sześć lat opowieść o radzieckich szpiegach wydaje się w serialowym krajobrazie czymś nadzwyczajnym. Przez to tym ciężej jest pożegnać się z Jenningsami.

Finałowe dziesięć odcinków prezentuje najwyższy poziom serialowego kunsztu i stanowi wręcz podręcznikowy przykład, jak idealnie zwieńczyć serię. Krytycy i widzowie obsypali "The Americans" już mnóstwem pochwał, do których nie będę w stanie dodać nic oryginalnego. Mogę jedynie raz jeszcze zachwycić się nad tym, z jaką uwagą i dokładnością budowano tę fascynującą historię od samego początku aż po niezwykle satysfakcjonujący finał (przez który jednak już nigdy nie będę mógł posłuchać "With or Without You" U2, nie mając w głowie rozdzierającej serce sceny z pociągu). Tym, którzy swoją przygodę z "The Americans" dopiero zaczną, mogę tylko pozazdrościć i zapewnić, że wszystkie poświęcone jej godziny będą tego warte.