Luke Perry był moją pierwszą serialową miłością – moją i całego mojego pokolenia

Luke Perry w "Beverly Hills, 90210" (Fot. FOX)

0

Wiadomość o śmierci Luke'a Perry'ego to wstrząs dla dziewczyn, które dorastały w latach 90. Był pierwszym chłopakiem, którego kochałyśmy do szaleństwa. Idolem całego pokolenia.

Śmierć Luke'a Perry'ego to szok dla dwóch pokoleń serialowych widzów. Nastoletni fani "Riverdale" stracili najwspanialszego serialowego tatę na świecie. Dla dzieciaków z lat 90. oficjalnie skończyło się dzieciństwo. Nie żyje nasz pierwszy idol z prawdziwego zdarzenia.

Dylan McKay – chłopak, którego wszystkie kochałyśmy

Kiedy w Polsce zapanował szał na "Beverly Hills, 90210", miałam jakieś 12, 13 lat. Transformacja wtedy już była faktem i podczas gdy dorośli zakładali masowo własne biznesy i rozmawiali przy każdej możliwej okazji, jak to było "za komuny", my byliśmy zachwyceni popkulturowymi dobrami napływającymi z Zachodu.

Wszyscy oglądaliśmy "Twin Peaks", niewiele z niego rozumiejąc. Wszyscy zostawaliśmy do późna dla agenta Muldera i agentki Scully (a potem często nie mogliśmy spać). Wszyscy znaliśmy amerykańskie sitcomy i procedurale z lat 80., jak "Drużyna A" czy "Nieustraszony". Chłopcy oszaleli na punkcie Rambo, Terminatora i "Gwiezdnych wojen". Dziewczyny kochały "Beverly Hills, 90210" (niektórzy chłopcy też, ale po cichu, bo takie to były czasy). A szczególnie Dylana.

"Niegrzeczny chłopiec" grany przez 24-letniego wówczas Luke'a Perry'ego, chłopaka z Ohio, który zaczął robić błyskawiczną karierę w Hollywood na początku lat 90., miał w sobie to coś. Był zabójczo przystojny, wiadomo. Ale przede wszystkim był taki skomplikowany. Pierwszy serialowy dramat młodzieżowy z prawdziwego zdarzenia generalnie opowiadał o dzieciakach, które pochodziły z absurdalnie bogatych rodzin, miały drogie auta i ciuchy, ale to wszystko nie rekompensowało ich problemów emocjonalnych. Patrząc na ich rodziców, doceniało się własnych.

I to właśnie Dylan miał najbardziej poplątaną sytuację rodzinną. Jego ojciec był milionerem i przekręciarzem, praktycznie nieobecnym w jego życiu. Chłopak wychowywał się sam, chadzał własnymi ścieżkami i bezustannie błądził, topiąc problemy w alkoholu. Chciałyśmy być jak Brenda (Shannen Doherty) – przytulać go, kiedy płakał, rozumieć jego wybryki najlepiej na świecie, kłócić się z nim i godzić, jeździć z nim do szkoły na motorze. Podczas gdy Brandon (Jason Priestley) wydawał się materiałem na najlepszego kumpla lub/i przyszłego męża, Dylan był zbuntowany, nieprzewidywalny i po prostu cool. Pod każdym względem.

Nie wiedziałyśmy, że tak naprawdę kochamy nowe wcielenie Jamesa Deana. Boom na amerykańską popkulturę dopiero się zaczynał i dorastając w tamtych czasach, nie miało się świadomości, jak bogatą historię ma film i jak pewne archetypy powracają w nowych wersjach. Zachwycaliśmy się tym, co akurat telewizja serwowała. A telewizja serwowała bez umiaru i bez żadnego komentarza wszystko naraz – seriale z lat 90. i 80., brytyjskie perełki, klasykę filmową, blockbustery i kino klasy C. Oglądaliśmy wszystko, kompletnie nie wiedząc, co jest czym.

Tym bardziej nie wiedzieliśmy, czym dla seriali młodzieżowych będzie "Beverly Hills, 90210". Nie mieliśmy pojęcia, że będzie tylu kolejnych Dylanów: Pacey Witter z "Jeziora marzeń", Ryan Atwood z "The O.C.", Damon Salvatore z "Pamiętników wampirów", Chuck Bass z "Plotkary". I że niektórzy z nich, jak James Franco, Daniel z "Freaks and Geeks" – wykapany Dylan! – zrobią aż taką karierę.

Fred Andrews – najlepszy tata w Riverdale

Luke Perry, jak większość aktorów z seriali młodzieżowych, wielkiej kariery w dorosłych produkcjach nie zrobił. Jeszcze za czasów "Beverly Hills, 90210" wystąpił w filmowej "Buffy" czy "8 Seconds", potem pojawiał się na ekranie w mniejszych i większych rolach. Na przykład w "Body of Proof" czy "Oz". To rzadko jednak były role godne ikony, którą on zawsze dla nas pozostał.

Jestem pewna, że to właśnie dla niego (i dla Mädchen Amick) wiele osób po trzydziestce zaczęło oglądać "Riverdale". Byliśmy zaskoczeni, widząc go w roli Freda Andrewsa, taty Archiego. Jeszcze bardziej od samego faktu, że to tak udany powrót, zdziwiło nas to, jak bardzo ta rola różni się od Dylana.

Luke Perry zagrał najlepszego tatę na świecie w serialu, w którym wszyscy rodzice są albo życiowo pogubieni, albo zwyczajnie okropni (niektórzy są też po prostu kryminalistami). Fred Andrews był w stu procentach oparciem, nie tylko dla Archiego, ale i jego kolegów, przechodzących różnego rodzaju życiowe dramaty. W absurdalnym miasteczku pełnym przerysowanych charakterów Fred był tym najzwyklejszym, najnormalniejszym. Dlatego tak ściskaliśmy kciuki przez wakacje po 1. sezonie, żeby nic mu się nie stało. I tak się cieszyliśmy, że przeżył cliffhanger.

Luke Perry w Riverdale

Ekipa "Riverdale" ma przed sobą trudne zadanie. Nie dość że stracili przyjaciela i mentora młodej obsady, muszą zacząć myśleć o tym, jak wypisać postać Freda z serialu. Nie ma mowy o podmienieniu aktora czy wyjeździe "na zawsze". Luke'a Perry'ego nie da się zastąpić. Archie straci tatę, bo nie ma innej możliwości. Każdy inny wybór byłby zły. Zmarły aktor musi zostać uhonorowany także w serialu.

Nie dziwię się, że młodzi fani "Riverdale" są w takim samym szoku jak ekipa serialu. Śmierć w wieku 52 lat to jest szok, podobnie jak strata kogoś, kto był postrzegany jako autorytet i bez kogo trudno sobie wyobrazić nasz mały świat.

Dla mnie Luke Perry na zawsze pozostanie niegrzecznym chłopcem idealnym, Jamesem Deanem mojego pokolenia. Moją pierwszą ekranową miłością, z czasów kiedy jeszcze nie rozumiałam, jak to się dzieje, że niektóre serialowe postacie mogą stać się aż tak bliskie. Dylan był magnetyczny i zostanie taki na zawsze.

Trzymaj się, Luke, gdziekolwiek jesteś. Będziemy za Tobą tęsknić.