"Leaving Neverland", czyli Michael Jackson, jakiego nie znacie – recenzja dokumentu HBO

"Leaving Neverland" (Fot. HBO)

0

"Leaving Neverland" to nie tyle oskarżenie, co rozpaczliwa prośba o bycie wysłuchanym. Nieważne zatem, co sądzicie o Michaelu Jacksonie, oglądanie dokumentu HBO zostawi w was trwały ślad.

Król Popu. Największa gwiazda muzyki w historii. Postać wiecznie żywa, choć od jego śmierci minie w tym roku już dziesięć lat. Po prostu Michael Jackson – człowiek, którego przedstawiać nie trzeba. "Leaving Neverland", czterogodzinny dokument autorstwa Dana Reeda, nie robi więc tego, oddając głos Wade'owi Robsonowi i Jamesowi Safechuckowi, którzy będąc dziećmi, przez lata mieli być ofiarami molestowania seksualnego ze strony muzyka.

Podzielony na dwie części film produkcji HBO i brytyjskiego Channel 4 zdążył narobić zamieszania już przed oficjalną premierą, wstrząsając publicznością podczas festiwalu Sundance i prowokując ostre reakcje ze strony spadkobierców Jacksona oraz broniących jego dobrego imienia fanów. Z jednej strony trudno się im dziwić, a wręcz naiwnością byłoby oczekiwać od nich chłodnego i obiektywnego podejścia. Z drugiej, jeszcze trudniej przyjąć ich punkt widzenia, bo "Leaving Neverland" to produkcja z gatunku takich, po których obejrzeniu coś w człowieku zostaje i raczej nie jest to nic dobrego.

Leaving Neverland – tego nie da się zapomnieć

Konstrukcja dokumentu jest banalnie prosta, skupiając się na dzisiaj około czterdziestoletnich Robsonie i Safechucku, którzy wracają pamięcią do wydarzeń sprzed lat, z przerażającymi szczegółami opowiadając swoje historie. Nie ma tu usilnego poszukiwania przeterminowanego celebryckiego skandalu (kontrowersje wokół Jacksona były, są i będą), ale nie ma także prób przedstawienia wydarzeń z innego punktu widzenia, o poszukiwaniu przyczyn czy dziennikarskim śledztwie nawet nie wspominając. Czy to wada? Gdyby film rzeczywiście koncentrował się na uderzaniu w piosenkarza, bez wątpienia by tak było. Tutaj sprawa jest jednak bardziej skomplikowana.

Wszystko dlatego, że "Leaving Neverland" jest przede wszystkim historią wspomnianej dwójki – mocną i szokującą, ale też głęboko poruszającą opowieścią o radzeniu sobie z traumą i przejmującym wyznaniem, które długo nie wychodziło na światło dzienne. Twórca nie szuka dowodów winy Jacksona, będąc raczej zainteresowanym znalezieniem odpowiedzi na pytanie, dlaczego Robson i Safechuck przemawiają dopiero teraz. Co powstrzymywało ich wcześniej? Czemu stawali w obronie piosenkarza, zeznając pod przysięgą? Jak to wszystko wpłynęło na ich życia?

Nie oczekujcie tu prostych i oczywistych wyjaśnień wszystkich kwestii. Produkcja HBO ich nie oferuje, mierząc się z piekielnie trudnym tematem w dodatkowo bardzo wymagającym wydaniu. Trzeba wszak było nie tylko przedstawić historie ofiar pedofila, ale jeszcze mieć na uwadze, że ten był kochanym przez wszystkich idolem. W tym aspekcie "Leaving Neverland" staje się więc także niesamowicie istotnym głosem w toczącej się aktualnie dyskusji na temat #MeToo, pokazując dobitnie dramat ofiar postawionych w sytuacji bez wyjścia, gdy stają się wrogami całego świata.

Myślicie, że przesadzam? Spójrzcie w takim razie na wspomniane już reakcje fanów, czy oceny, jakie "Leaving Neverland" zbiera wśród widzów na portalach filmowych. To nie jest opowieść o czymś, co może miało miejsce przed laty – to historia, która wciąż dzieje się na naszych oczach, bo ludzie nadal reagują tak samo. Pod tym względem mamy więc do czynienia ze swego rodzaju przedstawieniem ponurego społecznego fenomenu, w którym ofiara i sprawca zamieniają się rolami.

Leaving Neverland – koszmar w bajkowym świecie

Oczywiście rzecz nie wzbudzałaby nawet połowy obecnych kontrowersji, gdyby ograniczała się tylko do tego. W opowieściach Robsona i Safechucka dostajemy bardzo dokładny opis ich dzieciństwa u boku Króla Popu, poczynając od pierwszych spotkań (Robson wygrał konkurs taneczny, w którym nagrodą było spotkanie z Jacksonem, a Safechuck wystąpił u jego boku w reklamie), poprzez coraz bliższe kontakty, aż po zazażyłe stosunki mężczyzny z chłopcami i ich rodzinami. Nieco dziwną, ale niewinną przyjaźń – jak twierdzą obrońcy Jacksona; albo skrywany przez lata koszmar rozgrywający się m.in. na ukrytym przed światem ranczu Neverland, jak przedstawiają to ofiary.

Głównym zarzutem, jaki pada w stronę "Leaving Neverland", jest to, że twórcy nie podają w ogóle żadnych argumentów drugiej strony. Trudno się nie zgodzić, bo dokument jest ciągiem graficznych opisów przeżyć Robsona i Safechucka z przełomu lat 80. i 90., poza nimi nie dając jednak innych dowodów, bo ich po prostu nie ma. Ale uwierzcie mi – wystarczy posłuchać przez chwilę tych opowieści, a zrozumiecie, że nic więcej nie jest potrzebne. Nie piszę tego jednak jako osoba w stu procentach przekonana tym dokumentem o winie Jacksona, a raczej człowiek zszokowany tym, co usłyszał. Dogłębnie poruszony sposobem, w jaki zostało to powiedziane i zachowaniem ludzi to opisujących. Inaczej rzecz ujmując, wszystko tu wygląda i brzmi potwornie wiarygodnie.

Na czele z faktem, że obydwaj mężczyźni doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak zostaną odebrane ich słowa. Wiedzą, że oskarżenia będą poddawane w wątpliwość i podważane przez ich własne zeznania, a także zdają sobie sprawę, że ludzie, którzy nigdy nie zaznali podobnego horroru, mogą nie być w stanie wyobrazić sobie sposobu myślenia nieletnich ofiar. Wiedzą to wszystko, a jednak wciąż mówią, sprawiając, że człowiek chce odruchowo odwrócić wzrok od ekranu, choć na tym pojawiają się tylko zwykłe archiwalia. Nic więcej niż słowa nie jest jednak w tym przypadku potrzebne, zatem ostrzegam, jeśli nie czujecie się na siłach, lepiej odpuśćcie sobie seans.

Leaving Neverland – inne oblicze Michaela Jacksona

Jeśli jednak tego nie zrobicie, to czeka was czterogodzinna podróż, którą naprawdę trudno wyrzucić z pamięci i to z różnych względów. Zatrważające opisy czynności seksualnych, jakich miał się dopuszczać Jackson. Sposoby, w jakie zbliżał się do chłopców i ich rodzin, stopniowo wszystkich do siebie przekonując. Późniejsze ich traktowanie, wywołujące co najmniej zaniepokojenie (jeśli nie wyjącą w głowie syrenę alarmową) w każdym rozsądnie myślącym człowieku. A wreszcie również reakcje rodziców chłopców, którzy przecież byli przy tym wszystkim o krok i nie reagowali.

Tak, oni również wypowiadają się w dokumencie, podobnie jak inni bliscy ofiar, co czyni wszystko jeszcze bardziej przerażającym i trudnym do zrozumienia. "Dlaczego do diabła nic nie robiliście?!" – ciśnie się na usta wielokrotnie podczas seansu, ale podobnie jak w innych kwestiach i tutaj trudno o łatwą odpowiedź. Ktoś powie, że to świadczy o fałszywych podstawach całej tej sprawy. Nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, im częściej zapada tu milczenie, im częściej zaczyna brakować rozsądnych słów wytłumaczenia, im częściej chciałoby się po prostu powiedzieć "nie wiem", tym bardziej szczere wydaje się "Leaving Neverland". Bo pewne rzeczy powiedzieć jest wręcz niewiarygodnie trudno.

Może jednak dokument HBO sprawi, że komuś będzie łatwiej. Niekoniecznie nawet w sprawie Michaela Jacksona (w której już uaktywnili się jego spadkobiercy, żądając od stacji stu milionów dolarów odszkodowania), ale w jakiejkolwiek innej, gdzie bezbronna ofiara musi się mierzyć z wielką armią środków i ludzi, jakie stoją za jej oprawcą. Kimś dodatkowo wspieranym przez rzesze fanów, niedopuszczających do siebie myśli, by ich idol mógł okazać się kimś znacznie gorszym niż chodzącym ideałem. By wręcz mityczna postać, gwiazda z pierwszych stron gazet i człowiek z obrazka, w który byli przez lata wpatrzeni, został sprowadzony do obrzydliwego miana pedofila.

"Mówią, że czas leczy wszystkie rany, ale myślę, że tej nie. Z nią jest tylko gorzej" – stwierdza w pewnym momencie James Safechuck, oddając dokładnie uczucia, jakie towarzyszyły mu przez większość życia. "Leaving Neverland" pozwala je przynajmniej w pewnym stopniu zrozumieć i choć absolutnie nie jest to przyjemne przeżycie, warto stawić mu czoła. Choć istnieje duże ryzyko, że nie spodobają wam się wnioski, do których możecie dojść.

Leaving Neverland można oglądać w HBO GO