Upadek domu Bluthów. "Arrested Development" – recenzja drugiej połowy 5. sezonu

"Bogaci bankruci" (Fot. Netflix)

0

Jeszcze parę lat temu nie sądziłabym, że kończeniu "Arrested Development" może towarzyszyć ulga, że dobrnęłam do finałowego odcinka. Cóż, czasy się zmieniają, a Mitchell Hurwitz tego nie zauważył.

Zazwyczaj kiedy trzeba czekać prawie rok na drugą połowę sezonu, mocno się niecierpliwimy. Jednak pierwsza część 5. serii "Arrested Development" (w polskiej wersji "Bogaci bankruci") rozczarowała nas do tego stopnia, że oczekiwanie zaliczało się raczej do niechętnego. Na zasadzie, że przyjdzie dzień, kiedy trzeba będzie z obowiązku obejrzeć i skomentować kolejne osiem odcinków czegoś, co kiedyś było genialnym serialem.

Po skończeniu seansu drugiej połowy 5. sezonu mogę stwierdzić, że nie jest gorsza niż poprzednia. Ale trudno uznać to za komplement dla sitcomu, który w latach 2003-2006 okazał się zbyt oryginalny, innowacyjny i wymagający, żeby się utrzymać dłużej na antenie. Serialowy świat poszedł do przodu, a Mitchell Hurwitz najwyraźniej został w miejscu, przez co produkcja, która kiedyś wyprzedzała epokę, przestała za nią nadążać.

Bogaci bankruci sezon 5

Nie twierdzę, że wierni fani "Arrested Development" powinni tę serię sobie całkiem odpuścić, bo chwilami to wciąż Bluthowie, których kochamy nienawidzić, a miejscami trafi się udany żart. Problem w tym, że chwyty, które dawniej zachwycały, teraz nudzą. Czasem dlatego, że są wtórne, a czasem dlatego, że źle je wykorzystano.

Bogaci bankruci, czyli gdzie jest scenariusz?

Fabularnie mamy tu jeden wielki galimatias. Na pierwszym planie są niby Buster (Tony Hale) i tajemnicze zniknięcie Lucille 2, ale łatwo o tym zapomnieć, skoro oprócz tego trzeba śledzić kolejne wpadki Michaela (Jason Bateman), przekręt software'owy George'a Michaela (Michael Cera), życie Maeby (Alia Shawkat) wśród emerytów, niekończące się historie budowania muru na granicy, romansowe wątki Lucille (Jessica Walter) i George'a (Jeffrey Tambor) oraz niepotrzebny, chwilami żenujący wątek z płynną seksualnością GOB-a (Will Arnett). Ewidentnie brakuje natomiast Lindsay (Portia de Rossi zrezygnowała z aktorstwa).

Nie chodzi o to, że trudno nadążyć za akcją. W przeciwieństwie do sprytnego wykorzystania retrospekcji do odsłonięcia tajemnic w pierwszych sezonach "Arrested Development" tu powtórzenia wcześniejszych scen służą bowiem głównie... powtórzeniu wcześniejszych scen. W takim natężeniu wygląda to trochę, jakby twórcy uważali, że na wzór Michaela widz wziął tabletkę wymazującą wspomnienia. Nawet te sprzed godziny.

Bogaci bankruci sezon 5

Nadążyć można, ale problemem jest wyłowienie jakiegoś fabularnego zamysłu. Dzieje się dużo, ale niewiele z tego wynika, bo często wydaje się, że wiele scen to "zapychacze", które nic nie wnoszą. I chociaż twórcy próbują wszystko łączyć, tym razem nie wychodzi im to tak sprytnie. Pierwsze odcinki tej części sezonu przywodzą na myśl montypythonowskie hasło "a teraz coś z zupełnie innej beczki". Tyle że kolejne scenki nie są w żadnym razie równie pomysłowe i zabawne jak te w wykonaniu brytyjskiej ekipy.

Proporcja żartów udanych do nieudanych nie wypada korzystnie. Za często mamy się śmiać z tego, że Tobias (David Cross) uderza się o sufit na strychu, a GOB nie umie używać maila. Albo z tego, że ktoś mówi "jaja". Najlepiej działają nawiązania do tego, co już znamy (choćby "Gene Parmesan!"), ale to obosieczna broń, bo przypomina, jakim serialowym odkryciem było kiedyś "Arrested Development".

Bogaci bankruci sezon 5 – aktorzy na autopilocie

Nie pomaga fakt, że aktorzy, być może zmęczeni tymi rolami lub po prostu konfliktami na planie, wyglądają często, jakby grali na autopilocie. Lepiej wypada drugi plan, bo Maria Bamford w roli DeBrie czy Dermot Mulroney jako Dusty pokazują trochę energii i zaangażowania. Weterani "Arrested Development" grają natomiast konsekwentnie to, co kiedyś, ale już bez tej ikry.

Ostatnie odcinki wypadają trochę lepiej niż początki tej połowy serii, bo pojawia się więcej dobrych żartów i większa fabularna spójność. Chwilami można nawet uwierzyć, że mimo wszystko ta rodzina jest najważniejsza. Lucille ma parę ładnych emocjonalnych (jak na Bluthów) scen z dziećmi, kilka żartów dorównuje poziomem tym z sezonów 1-3, a momentami wydaje się, że serial przynajmniej stara się zmierzać do sensownych konkluzji.

Arrested Development sezon 5B

Za największą zaletę najnowszych odcinków uważam obrazy z przeszłości klanu. Fenomenalnie dobrane dzieciaki, Cobie Smulders ("How I Met Your Mother") i Taran Killam ("Single Parents") w roli Lucille i George'a, a do tego zawsze cudowna Jean Smart ("Fargo", "Legion") jako matka Lucille. Zaproponowano tu coś w stylu dramatów Tennessee'ego Williamsa, w których członkowie rodzinny fundują sobie traumy w ładnej scenerii letnich rezydencji. To bardziej psychologiczny horror niż komedia, ale ma swój urok, a na dodatek z tymi scenami łączy się chyba najbardziej zaskakujący zwrot akcji.

Bogaci bankruci – kto jest najgorszym Bluthem?

Większość drugiej połowy 5. serii to jednak po prostu zastanawianie się, ponownie, kto z tej rodziny jest najgorszy (wszyscy na zmianę!), tyle że irytacji bohaterami nie towarzyszy już zachwyt nad kreatywnością scenarzystów i umiejętnościami obsady. Na dodatek to wszystko już było. Intrygi, tajemnice, ustalone w rodzinie role. Wrażenie kręcenia się w kółko mija tylko raz na jakiś czas. Częściej miałam poczucie, że chętniej zobaczyłabym parodię serialu o prawnikach, którą w małych dawkach pokazano w tej odsłonie "Arrested Development".

W prawdopodobnie ostatnich ośmiu odcinkach serialu Hurwitza broni się detal, ale nie całokształt. Udają się niektóre żarty, ale sporo gagów wypada anachronicznie i płytko. Działa tęsknota za kultowymi motywami z wcześniejszych sezonów, a traumy Bluthów z lat 80. okazują się warte odkrycia, tyle że gorzej z teraźniejszością, którą można sobie było darować i w ogóle tej serii nie robić. Zamiast czekać na więcej kończę tę przygodę z ulgą. I nadzieją, że Netflix akurat z tym serialem da sobie już spokój.