"The Hot Zone", czyli nierówna walka z potworem – recenzja serialu NatGeo z Julianną Margulies

"The Hot Zone" (Fot. National Geographic)

0

Trochę historyczna relacja, trochę thriller, trochę ostrzeżenie. Miniserial z Julianną Margulies działa na różnych poziomach, sprawiając, że mimo wad trudno go wyrzucić z głowy.

Jest rok 1989, Stanami Zjednoczonymi wstrząsa epidemia wirusa Ebola, która pochłania kolejne tysiące ofiar… wróć, jaka epidemia? Jasne, taka sytuacja nie miała miejsca i na pewno doskonale o tym wiecie. Jestem jednak przekonany, że mniej z was ma świadomość, iż wcale nie było od tego rodzaju katastrofy daleko. "The Hot Zone" od National Geographic pokazuje, jak udało się jej uniknąć, przestrzegając jednocześnie przed raz popełnionymi błędami.

The Hot Zone – historia oparta na faktach

Sześcioodcinkowy miniserial oparty na książce "Strefa skażenia" autorstwa Richarda Prestona, opowiada prawdziwą historię, która wydarzyła się przed trzydziestoma laty, gdy w wojskowym laboratorium na przedmieściach Waszyngtonu pojawił się niezidentyfikowany wirus. Przeniesiony przez małpy patogen miał się okazać nieznaną odmianą Eboli, której rozprzestrzenienie wśród ludzi w wielomilionowej aglomeracji mogło pociągnąć za sobą przerażające konsekwencje. No właśnie, mogło, bo znalazła się grupa na tyle zdeterminowanych naukowców, by im zapobiec.

Na czele z główną bohaterką serialu, doktor weterynarii i pułkownik amerykańskiej armii Nancy Jaax (Julianna Margulies), która dostrzegła potencjalne zagrożenie i nie dała sobie wmówić, że to nic istotnego. Historię oglądamy w znacznej mierze właśnie z jej punktu widzenia, obserwując po kolei, jak jej podejrzenia zamieniają się w przekonanie i jak stara się podnieść alarm, gdy inni starają się nie wyciągać pochopnych wniosków. Bo wywoływanie paniki, gdy wciąż nie było stuprocentowego przekonania o zagrożeniu, nie leżało tu w absolutnie niczyim interesie.

Mamy tu zatem, szczególnie na początku, w dużej części klasyczną historię typu "sama przeciw wszystkim". Bohaterka jest lekceważona, a my od pierwszych sekund wiemy, że w końcu postawi na swoim – pytanie tylko, ile czasu straci do tej pory? Byłoby to dość wtórne podejście ze strony twórców, gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z produkcją National Geographic. A te jak wiadomo, samą fabułę traktują raczej drugorzędnie.

The Hot Zone – naukowe fakty i niezła fabuła

Nie inaczej jest w "The Hot Zone", gdzie wprawdzie nie ma stricte dokumentalnych wstawek (jak na przykład w serialu "Mars"), ale i tak otrzymujemy pokaźną dawkę informacji przekazaną ustami bohaterów. Jak się pewnie domyślacie, cierpi przez to dramaturgia wydarzeń, lecz w tym przypadku jestem w stanie sporo twórcom wybaczyć. Po pierwsze ze względu na fantastyczną obsadę, która nawet najbardziej sztywne kwestie potrafi przekazać w zajmujący sposób, a po drugie, z powodu wchodzących w grę stawek – jak się nas od początku przekonuje, bardzo wysokich.

Siedziałem zatem jak na szpilkach, oglądając, jak doktor Jaax zajmuje się zakażonymi próbkami, śledząc dokładnie, jak przechodzi kolejne stopnie bezpieczeństwa w USAMRIID (United States Army Medical Research Institute of Infectious Diseases) i czekając w napięciu, aż coś w końcu pójdzie źle. Pewnie, jeśli macie o tym pojęcie, rzecz może się wydać nużąca, a może nawet niepotrzebnie rozbuchana. Z perspektywy laika wszystko działa jednak na wyobraźnię w odpowiedni sposób. Czy to rozmowy o śmiercionośnych próbkach, które wymazałyby z powierzchni Ziemi całą ludzkość, czy raz po raz powtarzane zdanie o braku lekarstwa, czy to wreszcie laboratoryjna otoczka, kombinezony ochronne, dekontaminacja, itd.

Do tego dochodzą kwestie pozalaboratoryjne, ale też pełniące niezwykle istotną funkcję w serialu, czyli procedury postępowania na wypadek wykrycia wirusa. A raczej ich brak, bo jak dobitnie pokazuje "The Hot Zone", odpowiednie organy w Stanach nie były wówczas przygotowane na tego typu sytuację. Oprócz podążania tropem wirusa, mamy tu więc również starcia pomiędzy wojskowymi a cywilnymi urzędnikami, spory o kompetencje, a przede wszystkim tonę zaprzeczania i wmawiania samemu sobie, że przecież nie dzieje się nic groźnego. Ot, ktoś ma gorączkę, wielkie mi co!

Juliana Margulies na czele obsady The Hot Zone

Zdziwiłbym się, gdyby w takich okolicznościach udało się w krótkim czasie wykreować pełnowymiarowe postaci i rzeczywiście, nie udało się. Co nie znaczy, że mamy wielkie powody do narzekań. Owszem, postaci są dość stereotypowe, ale wcielający się w nich wykonawcy potrafią ożywić nawet najbardziej papierowy charakter, nadając mu jakiś osobisty rys.

Jest zatem mąż Nancy, także wojskowy, Jerry Jaax (Noah Emmerich), wspierający ją, ale z obaw starający się nieco tonować jej zapał. Podobnie, choć znacznie mniej dyplomatycznie do sprawy podchodzi jej współpracownik, Peter Jarhling (Topher Grace), czyli typ lekceważącego wszystko mądrali. Zupełnie inaczej niż Wade Carter (Liam Cunningham), mentor bohaterki i zapalony "łowca wirusów", który przez swój upór i bezkompromisowość zraził do siebie mnóstwo ludzi. W tym choćby kiedyś mu bliskiego Trevora Rhodesa (James D'Arcy) z Centrum Kontroli i Prewencji Chorób.

Bo musicie jeszcze wiedzieć, że oprócz głównego, waszyngtońskiego wątku, "The Hot Zone" zabiera nas także regularnie na wycieczki w odległą o kilka lat przeszłość. Do serca Afryki, ówczesnego Zairu, gdzie Carter i Rhodes "tropili" nieznanego jeszcze wirusa, na własne oczy oglądając skutki jego niszczycielskiego działania. W tym miejscu serial zdecydowanie najbardziej zbliża się do konwencjonalnego horroru, nie szczędząc nam okropnych widoków i prostego straszenia. Klimat to z pewnością ma, a czy jest fabule niezbędne? Raczej nie, ale trudno twórców ganić za w sumie niezłe próby urozmaicania nam specyficznie pojmowanej "rozrywki".

Z pewnością lepsze to, niż wątki obyczajowe, których też jest kilka, ale bynajmniej nie mają one większego wpływu na historię. A pokazywanie ich na zasadzie, że jakieś rodzinne scenki trzeba odbębnić, nie ma żadnego sensu, nawet wtedy, gdy aktorzy naprawdę dają z siebie wszystko (jak Julianna Margulies w scenie rozmowy telefonicznej Nancy z ojcem). Niby twórcy starają się jakoś powiązać je logicznie z fabułą, ale próby to wyjątkowo niewyraźne i często porzucane w pół drogi, by wrócić do ciekawszych rzeczy. Na pewno można było ten czas spożytkować lepiej.

The Hot Zone, czyli niepokojące ostrzeżenie

Tym bardziej, że nieco brakuje go pod koniec, gdy "The Hot Zone" nabiera nadspodziewanie szybkiego tempa, psując nieco budowaną skrupulatnie atmosferę. Wtedy serial najmocniej przypomina klasyczną produkcję rodem z National Geographic, skacząc po faktach i nie dając widzom szczególnego pola do refleksji. Innych takich momentów jednak nie zaobserwowałem, wcześniej wręcz zapominając, że to w dużej mierze produkcja o dokumentalnym wymiarze.

Na przestrzeni sześciu odcinków praktycznie się tego bowiem nie dostrzega, gładko wsiąkając w narzucane przez twórców standardy gatunkowe. Raz jesteśmy więc trzymani w napięciu, jak w porządnym thrillerze, by następnie przenieść się do świata rodem z horroru, a potem z kolei wrócić na ziemię i przeżywać razem z bohaterami ich własne dramaty. "The Hot Zone" sprawdza się co najmniej dobrze w każdej z tych wersji, czasami pozwalając sobie na efekciarstwo, nadmierny dydaktyzm czy podniosłe hasła, ale ostatecznie wychodząc z większości twórczych decyzji obronną ręką.

A sądzę, że tak trzeba powiedzieć o serialu, który pomimo widocznych gołym okiem wad, zdołał mnie momentalnie wciągnąć, niekiedy zmuszając do odwrócenia wzroku od ekranu, a kiedy indziej wywołując podskórne napięcie. Może nie aż tak mocno odczuwalne, jak w przypadku "Czarnobyla", ale widać tu swego rodzaju podobieństwo.

W obydwu przypadkach twórcy sięgnęli wszak do rzeczywistych wydarzeń, czyniąc z nich zarówno bardzo skuteczny instrument do gry na naszych emocjach, jak i przestrogę na przyszłość. Bo niewidoczny gołym okiem potwór (jak nazywa wirusa jeden z bohaterów) mógł się zaszyć gdzieś bardzo głęboko, ale bez wątpienia wróci, groźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Zawsze więc warto zadawać sobie pytanie: czy jesteśmy na to gotowi?