"Bluff City Law", "Perfect Harmony", "Sunnyside" – oceniamy nowe seriale NBC. Które warto oglądać?

"Bluff City Law"/"Perfect Harmony"/"Sunnyside" (Fot. NBC)

0

Jimmy Smits ponownie jako prawnik, Kal Penn jako upadły polityk, Bradley Whitford jako nauczyciel śpiewu... Trzy znane nazwiska powinny pociągnąć nowości NBC. A jak jest w praktyce?

O ile ABC poradziło sobie tej jesieni całkiem nieźle, to nowe seriale NBC wypadają albo zwyczajnie słabo, albo najwyżej średnio – a więc gorzej niż zapowiadały to ich świetne obsady i niezłe zwiastuny.

Bluff City Law – o czym jest ten serial?

Bluff City Law serial recenzja

Sydney (Caitlin McGee) kiedyś porzuciła pracę w kancelarii swojego ojca. Elijah Strait (Jimmy Smits, "Prawnicy z Miasta Aniołów", "Nowojorscy gliniarze") to legenda w branży, ale po odkryciu, że ojciec nie jest wcale taki idealny, córka zaczęła reprezentować jego przeciwników. Czyli paskudne wielkie korporacje. Po śmierci matki Sydney wraca do rodzinnej firmy, by bronić zwykłych obywateli. A że między ojcem i córką narosło wiele pretensji, walki z systemem na sali sądowej mogą okazać się mniej krwawe niż te rodzinne w kancelarii.

Do pomocy jest oczywiście zróżnicowany zespół. Jake (Barry Sloane, "Revenge"), już w pilotowym odcinku wciągnięty w sprawę kryminalną; służąca wszystkim radą Della (Jayne Atkinson, "House of Cards"); kolega Sydney ze studiów, Anthony (Michael Luwoye z "Hamiltona"). I jeszcze Emerson (Stony Blyden), introwertyczny praktykant. Wszyscy wspólnie walczą o sprawiedliwość dla ludzi skrzywdzonych przez koncerny farmaceutyczne, tytoniowe etc.

Bluff City Law – czy warto obejrzeć serial?

Nie warto. Jeśli opis brzmi jak coś, co widzieliśmy już mnóstwo razy, to dlatego, że tak właśnie jest. "Bluff City Law" od masy innych prawniczych produkcji różni się chyba tylko tym, że rozgrywa się w Memphis. Poza tym to schemat na schemacie, zarówno w wątkach zawodowych, jak i prywatnych. Pod koniec pilotowego odcinka jest jakiś zwrot akcji, ale też niezbyt odkrywczy. Po prostu na tle usypiającej reszty przynajmniej widz na moment może się obudzić.

Pewną wtórność, zwłaszcza przy tak kuszącej obsadzie, można by serialowi łatwiej wybaczyć, gdyby nie płytkość postaci, absurdalność przemów na salach sądowych, fabularny chaos, nieznośny patos i poczucie przy oglądaniu, że nikomu nie chciało się przyłożyć do pracy. W efekcie nie jest to nawet solidny średniak, a po prostu bardzo słaba produkcja.

Najładniej wypada czarno-biała plansza tytułowa. Ale równocześnie, chyba nie z premedytacją, pasuje ona do tak czarno-białego serialu. Wszystko tu jest papierowe, a najbardziej dialogi, relacje między postaciami i próby budowania napięcia. Nie ma żadnego powodu, by się męczyć. Nawet Jimmy Smits ani trochę nie poprawia sytuacji.

Perfect Harmony – o czym jest ten serial?

Perfect Harmony recenzja serial

Arthur (Bradley Whitford, "Prezydencki poker", "Opowieść podręcznej"), wdowiec niemogący pogodzić się ze śmiercią żony, znajduje motywacje do życia dzięki lokalnemu kościelnemu chórowi, któremu udziela lekcji. Pomysł serialu Lesley Wake Webster ("Speechless", "Life in Pieces") jest prosty i opiera się na wrzuceniu w jedną połączoną wspólnym celem grupę zróżnicowanych ludzkich typów.

Poza Arthurem poznajemy między innymi rozwodzącą się parę, Ginny (Anna Camp, "Czysta krew") i Wayne’a (Will Greenberg, "Wrecked"), wychowanego w konserwatywnym środowisku Jaxa (Rizwan Manjim "Mr. Robot"), potężnego, ale nieśmiałego Dwayne’a (Geno Segers, "Banshee"), pewną siebie Adams (Tymberlee Hill, "Drunk History"). Do tego dodać trzeba dyrygenta konkurencyjnej ekipy (John Carroll Lynch, "American Horror Story").

Perfect Harmony – czy warto obejrzeć serial?

Jeszcze nie wiem. Wiem natomiast, że póki co "Perfect Harmony" nie spełnia wysokich oczekiwań, jakie można było wiązać z tym sitcomem na podstawie obsady i zwiastunów. Serial jest bardzo nierówny, wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko, a po pilotowym odcinku zostaje pytanie: co teraz? Szaleńcze tempo sprawia, że właściwie nie bardzo wiadomo, co bohaterowie będą robić dalej, skoro w niecałe pół godziny przeszli drogę, która normalnie mogłaby stanowić podstawę całej serii. Będą po prostu spędzać razem czas, śpiewać i pracować nad prywatnymi problemami?

Miałoby to sens, gdyby pilot dał nam szansę zżyć się z postaciami. Tymczasem mimo że świetna obsada kusi, by polubić bohaterów, pierwszy odcinek przyniósł przemieszanie żartów udanych i żenujących, scen wzruszających i absolutnie zbędnych, pomysłów oryginalnych i maksymalnie wtórnych.

W efekcie pewnie zobaczę jeszcze kilka odcinków w nadziei, że z czasem selekcja zacznie tu funkcjonować, a "Perfect Harmony" zrealizuje potencjał, który, mając na ekranie Whitforda, Camp i świetnego tu Segersa, niewątpliwie posiada. Na razie to głównie chaos, jednak z szansami – jeśli nie na perfekcję, to chociaż na ciepły cotygodniowy seans.

Sunnyside – o czym jest ten serial?

Sunnyside serial recenzja

Garret (Kal Penn, "Dr House") przez piętnaście lat w radzie miasta głównie imprezował. Po skandalu stracił wygodną posadę, zastąpiony przez Dianę (Ana Villafañe), jego dziewczyna wyrzuciła go z domu. Zamieszkał więc z siostrą (Kiran Deol) i szukał sposobu, by kiedyś wrócić do polityki, a póki co przynajmniej znaleźć jakąś pracę. Nowym zajęciem Garreta okaże się uczenie grupki imigrantów do testu na amerykańskie obywatelstwo.

Ponownie mamy do czynienia z grupą mniej lub bardziej zabawnych ludzi z różnych środowisk. Są tu: rodzeństwo będące parodią bogatych Azjatów (Joel Kim Booster i Poppy Liu), mołdawski stereotyp Drazen (Tudor Petrut) i dopiero od niedawna świadomy braku obywatelstwa Brady (Moses Storm), znany nam skądś typ kobiety pracującej, czyli Griselda (Diana-Maria Riva, "Man with a Plan") i etiopski lekarz, a w Stanach taksówkarz Hakim (Samba Schutte).

Sunnyside – czy warto obejrzeć serial?

Ogólnym poziomem "Sunnyside" jest mniej więcej takie jak "Perfect Harmony", tyle że pomysł na siebie ma chyba ciekawszy, ale wykonanie mniej zabawne. Więcej tu patosu z "amerykańskim snem" w tle niż dobrych żartów, chociaż warto docenić szalone azjatyckie rodzeństwo oraz udany występ gościnny, którego nie chcę zdradzać.

"Sunnyside" mogłoby być ciekawą opowieścią o przemianie Garetta startującego do rady w 2004 roku w Garetta próbującego po pijanemu przekupić policjanta w roku 2019, a także historią powrotu do dawnych ideałów. Jest tu też potencjał na opowieść o trudnym życiu imigrantów. Póki co jednak wyszło raczej płytko i łopatologicznie.

Wybór, czy oglądać "Sunnyside", zależeć może od podejścia do Penna. Mnie jest raczej obojętny, więc jeśli mam wytrwać przy którymś z dopiero szukających równowagi sitcomów NBC, wybiorę Whitforda i "Perfect Harmony". Z drugiej strony jako ktoś, kto przy pierwszym podejściu po paru odcinkach głupio porzucił "Community", nie zarzekam się, że serial Penna i Matta Murraya, który pisał odcinki między innymi do świetnych seriali Michaela Schura, nie ma szans z czasem stać się czymś więcej niż tylko kolejny broadcastowy średniak.