"Dr House" (8x22): Żegnaj, Sherlocku ze szpitala

Fot. FOX

Fot. FOX

21 maja 2012 roku przeszedł do historii "Dr House", jeden z najpopularniejszych, najciekawszych, najlepszych po prostu seriali ostatnich lat. Czy to był satysfakcjonujący finał, który ułatwił nam pożegnanie z postacią bezczelnego, ale za to niezwykle skutecznego lekarza? Uwaga na spoilery!

Zanim zabrałam się do pisania, przyznaję, sporo przeczytałam. Nie mogłam się powstrzymać, bo już po tytułach widać, że recenzje są bardzo, ale to bardzo różne. Co do finału "Desperate Housewives" byliśmy w miarę zgodni: nie był to odcinek wybitny, ale niewątpliwie dziewczyny odeszły z klasą. W przypadku "House'a" recenzenci już tacy zgodni nie są. Zachwycona jest właściwie tylko recenzentka E Online. Inni albo siedzą łaskawie pośrodku, albo narzekają (najmocniejszy tytuł recenzji, jaki znalazłam, to: "Everybody Dies – of Boredom"), bez końca narzekają i właściwie nie wiem dlaczego.

Owszem, pierwsza połowa odcinka była nieco usypiająca. Dr House (Hugh Laurie) obudził się naćpany w budynku, w którym szalał pożar, i zamiast natychmiast uciekać, zaległ obok swojego martwego pacjenta (swoją drogą, to był naprawdę nijaki pacjent!), by zacząć szereg długaśnych rozmów o życiu i śmierci. Najpierw pogadał z Kutnerem (Kal Penn), potem objawiła mu się Amber (Anne Dudek), a następnie odwiedzili go też żywi, których w serialu przez ostatnie lata nie było, tj. Stacy (Sela Ward) i Cameron (Jennifer Morrison).

Słuchanie zbyt rozciągniętych w czasie i na dodatek dość banalnych filozoficznych rozważań faktycznie łatwe nie było, ale to nie znaczy, że się nudziłam. Nie, wręcz przeciwnie. Ten dziwny, trochę nierealny odcinek oglądało mi się wyjątkowo dobrze. Nie zabrakło w nim tego, co w "House'ie" lubię najbardziej: dobrych, cynicznych tekstów (no pewnie, że zakład Pascala był nieprzemyślany!) i zgrabnych nawiązań popkulturowych (oczywiście wiecie, że Robert Sean Leonard grał w "Stowarzyszeniu Umarłych Poetów")? W dodatku jego twórcom udało się we mnie wzbudzić ciekawość co do tego, jak to wszystko się skończy. W końcu słów "Everybody Dies" nie rzuca się na wiatr.

I rzeczywiście, wraz z Wilsonem i Foremanem, zobaczyliśmy śmierć w płomieniach, a wkrótce potem pogrzeb głównego bohatera. I na pogrzebie mowy patetyczne (ależ ta Cuddy musi być wściekła na House'a! Na pogrzebie się nie pojawić... A nie, to tylko wyjątkowo głupie zakończenie relacji twórców serialu z Lisą Edelstein), i Cameron, i Trzynastka, i matka, i Wilsona parę słów prawdy.

SMS z zaświatów był pewnym zaskoczeniem, no bo przecież everybody dies, prawda? A tu House wcale nie umarł, tylko tak jak jego znakomity poprzednik, Sherlock Holmes, sfingował własną śmierć, bo miał ku temu powody. Ha!

Nie dołączę do chóru, który mówi, że to zmartwychwstanie to koszmar, dno, tandeta i w ogóle ekipę "House'a" stać było na lepsze zakończenie. Nie dołączę, bo moim zdaniem wariacja na temat jednego z opowiadań o największym detektywie wszech czasów wyszła całkiem fajnie i fabularnie miała sens. W końcu z House'em mogły stać się różne rzeczy: mógł poddać się i faktycznie zginąć w płonącym domu, mógł z niego uciec, iść do więzienia i wyjść jako nowy człowiek, mógł... Mógł pewnie zrobić jeszcze inne rzeczy, a on zrobił dokładnie to co Sherlock. Nie pierwszy raz w serialu zrobił dokładnie to co Sherlock.

Nie dołączę też do chóru pomstującego na brak zamkniętego zakończenia. Bo to był koniec: dr Gregory House nie żyje, żyje za to najlepszy przyjaciel swojego umierającego Watsona. Żyje i właśnie zaczyna z nim ostatnią podróż. Co ich spotka po drodze? Kim będzie, kiedy z niej wróci? Z czego będzie się utrzymywał, czy uda mu się wrócić do uprawiania medycyny, czy będzie kiedykolwiek szczęśliwy? A co za różnica, skoro dr Gregory House nie żyje? Jego historia się zakończyła, łatwo się domyślić, jak zakończy się historia Wilsona, wiemy też, co dzieje się dalej u Cameron, Chase'a i Tauba.

Serial kończy się słowami "Rak jest nudny" i wyruszeniem House'a i Wilsona w drogę przy dźwiękach piosenki "Enjoy Yourself (It's Later Than You Think)".

Pewnie można było to zrobić lepiej, ale moim zdaniem i tak finał wypadł przynajmniej zadowalająco. W ogóle 8. sezon "House'a" wypada pochwalić. Po nudnym początku w drugiej połowie nabrał rozpędu, ostatnie odcinki oglądałam jednym tchem, z niedowierzaniem, że ten serial jeszcze potrafi być dobry. Na szczęście nie postawiono na słodkości, nie przesadzono też z gorzkością. Było w sam raz. Kolejny wielki serial przeszedł do historii – i udało mu się to zrobić w dobrym stylu.