"Dr House" (8x22): Całkiem żywy trup

"House" (Fot. FOX)

"House" (Fot. FOX)

Doktor House odszedł, niech żyje Gregory House. Finałowy odcinek zanudził bełkotliwą filozofią, za to zachwycił zakończeniem.

Marta Wawrzyn, w sumie, zachwyca się finałem "House'a". Ja się aż tak nie zachwycam, ale też nie zamierzam marudzić. Mogło być zdecydowanie gorzej. Szczególnie po tym, jak odcinek się zaczynał...

Oczekiwań co do "Everybody Dies" nie miałem w zasadzie żadnych. Czego miałem bowiem oczekiwać po serialu, w którym główny bohater niemal wcale się nie zmienił przez te wszystkie lata mimo tego, że świat od niego zmiany się domagał?

A jednak - House się zmienił, pozostając sobą. Odszedł doktor House, powitajcie Gregory'ego House'a, który lekarzem już na pewno nie jest i nie będzie. I pomyśleć, że odcinek zaczął się tak, że miałem ochotę udać się po kolejne piwo do sklepu, choć bateria sześciopaku już stała w lodówce.

House budzi się w płonącym budynku obok swojego martwego pacjenta. Nasz doktorek jest naćpany, jego pacjent przećpał, a do tego pojawiają się zwidy dawno niewidzianych postaci. Wszystko z dodatkiem filozofii na poziomie panienek, jakie łażą po modnych knajpach w melonikach na głowie i z Moleskine w ręku, marudząc, jakie to są nieszczęśliwe, bo rodzice nie chcą im kupić loftu z oryginalną ścianą.

Ale kiedy się przebrnie przez ten filozoficzny bełkot i dotrwa do scen będących zwieńczeniem serii, otrzyma się nagrodę. House, ten cyniczny egoista, w skrajnie egoistyczny sposób zrobił coś, co ma uszczęśliwić jego najlepszego przyjaciela. I jedyne, czego nie wytrzymał, to słów prawdy od tegoż właśnie przyjaciela.

Tak właśnie, w nierównym jak cały 8. sezon, stylu "Dr House" żegna się po tylu latach z widzami. I choć nie jestem zachwycony, to nie jestem też rozczarowany. "Dr House" pożegnał się bowiem w stylu, do jakiego powinniśmy byli się przyzwyczaić. W końcu, czy wszystko musi być takie jednoznaczne jak losy wszystkich bohaterów poza głównym?