David Harbour opowiada, jak rola Hoppera w "Stranger Things" uratowała jego karierę aktorską

"Stranger Things" (Fot. Netflix)

0

Choć David Harbour miał na swoim koncie role w znanych produkcjach, dopiero "Stranger Things" przyniosło mu prawdziwy rozgłos. Gdzie byłby, gdyby nie angaż w serialu?

Nie tak dawno Millie Bobby Brown zdradziła, że pożegnałaby się z aktorstwem, gdyby nie "Stranger Things", a teraz David Harbour dzieli się z fanami analogiczną historią. Aktor, któremu rola Jima Hoppera przyniosła sławę i rozgłos, wcześniej grał drugoplanowe postacie. Choć jego nazwisko pojawiało się przy takich tytułach, jak "Tajemnica Brokeback Mountain" czy "Green Hornet", Harbour nie był zbyt znany w środowisku aktorskim.

Stranger Things uratowało karierę Davida Harboura

Wszystko zamieniło się, kiedy dostał rolę w serialu braci Dufferów. Jak sam przyznaje, "Stranger Things" sprawiło, że jego nazwisko zaczęło coś znaczyć w branży.

– Dotarłem do takiego punktu w Hollywood, w którym grałem piąte czy szóste skrzypce. Role drugoplanowe. Zwykle złego policjanta. To było dobre, bo mogłem zarabiać na życie i wspierać swoją karierę teatralną, która pozwalała mi robić bardziej artystyczne rzeczy. Ale tak naprawdę porzuciłem myśl, że będę w stanie opowiadać historie, na których mi zależy, w telewizji albo filmie – mówi w wywiadzie dla Cigar Aficionado (via Yahoo!).

Stranger Things David Habour

Możliwość zagrania w serialu Netfliksa była dla aktora czymś w rodzaju ostatniej szansy.

– To była dla mnie ostatnia szansa. Myślałem, że jeśli się uda, to dam z siebie wszystko i włożę w to całą swoją duszę – wspomina.

Aktor dodaje, że jego bohater jest tak naprawdę martwy w środku, wypełnia go mrok i głęboki żal. Temat wewnętrznej pustki Hoppera był już wcześniej poruszany przez Davida Harboura – jego zdaniem Hopper musiał dosłownie umrzeć w finale 3. sezonu "Stranger Things", by móc przejść metamorfozę i wrócić do żywych.

Stranger Things dostępne jest na Netfliksie