Po 1. sezonie "Magic City": Pięknie, lecz bez cudów

Stacji Starz udało się stworzyć serial puściutki, banalny i totalnie pozbawiony elementu zaskoczenia, ale piękny, tak piękny, że po prostu nie można się od niego oderwać. Czytajcie bez obaw, nawet jeśli nie oglądaliście, tekst nie zawiera dużych spoilerów!

Jeśli kogoś zniechęciłam recenzją pilota "Magic City", to przepraszam i już spieszę naprawić ten błąd. Wbrew moim obawom, serial stacji Starz ogląda się dobrze. Czemu? Ha, tu mnie macie... Bohaterowie nie są ciekawi, nie wyróżniają się w ogóle spośród setek kinowych i telewizyjnych gangsterów oraz ich kobiet. Dialogi rażą pompatycznością, a od anegdotek, mających pokazać, że mamy do czynienia z ludźmi mądrymi i biegłymi w sztuce retoryki, zęby bolą.

Nic specjalnego też się nie dzieje. Nie chcę spoilerować ani w ogóle omawiać fabuły, bo uważam, że nie ma po co. Jest ona od początku do końca przewidywalna, łopatą ładowana widzowi do głowy. Nie zaskakuje ani zakończenie wątku Marii, żony Victora, ani historia romansu Danny'ego i Lily, ani to, że Ike nie jest świętoszkiem, ani to, kto ginie, kto kogo łapie, jakie prawdy wychodzą na jaw. Z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa da się określić, co będzie w 2. sezonie, mimo że twórcy zainwestowali w teoretycznie mocne cliffhangery.

Skoro nie oglądałam "Miasta cudów" dla fabuły, to czemu się nie nudziłam? To po prostu serial piękny. Wszystko jest miłe dla oka, dopracowane (choć nocne widoczki z balkonu trącą kiczem), luksus wydaje się prawdziwy, choć wiemy przecież, że Starz nie ma tyle kasy co HBO. Kobiety wyglądają jak łanie, auta przyprawiają o szybsze bicie serca (a może na odwrót?), sukienki i garnitury są po prostu idealne, a kolorystyka sprawia, że mamy ochotę kupić bilet w jedną stronę w tropiki. Najlepiej w machinie czasu.

Do bohaterów trudno się przywiązać, bo mało kto jest tu jakiś. Ale można po prostu patrzeć. Szczególnie dobrze patrzy się na Olgę Kurylenko, czyli serialową Verę, żonę Ike'a Evansa. Ta kobieta to dzieło sztuki, nie musi się odzywać, nie musi nic robić, nie musi się w ogóle poruszać, wystarczy, że jest.


Poza tym mamy w "Magic City" to, z czego Starz słynie najbardziej, czyli trochę zdrowego seksu, trochę chorego seksu i całe mnóstwo nagich panienek, prezentujących swoje wdzięki przy każdej okazji. W ekskluzywnym miejscu, jakim jest hotel Miramar Playa, kobieta to symbol statusu, dlatego to wszystko ma sens, nie drażni, nie kłuje w oczy, nie sprawia wrażenia kolejnego nudnego zapychacza – i w sumie mogę im te wszystkie panie jakoś wybaczyć.

Twórcy serialu nie zrezygnowali z prezentowania nam muzyki, popularnej w ówczesnych czasach. I choć nie idą już na taką łatwiznę, jak w pilocie, to wciąż widać, że komuś tu nie chce się sięgnąć głębiej i wygrzebać czegoś, czego nie znamy. Trochę szkoda, ale ponieważ lubię ten klimat i lubię taką muzykę, to nie będę już się czepiać.

Choć wciąż nie zakochałam się w "Magic City", to muszę przyznać, że oglądało mi się te osiem odcinków bardzo dobrze. Uważam, że w tym serialu wciąż drzemie potencjał, którego obecni scenarzyści nie potrafią wykorzystać. Ale nawet jeśli to się nie zmieni, dalej będę na niego zerkać. To serialowy przeciętniak, wiem, ale przeciętniak solidnie zrobiony i wyraźnie skrojony pod mój gust.

Jeśli więc lubicie piękne, nostalgiczne filmy, opowiadające o tym, jak żyło się w Ameryce sprzed 50-60 lat, nie będę Was już więcej odwodzić od sięgnięcia po "Magic City", nie będę się wyzłośliwiać. Bo to miła, lekka i przyjemna propozycja, w sam raz na wakacje, zwłaszcza kiedy za oknem październik.

REKLAMA