"Dziewczyna z Oslo" chce być traktowana poważnie, ale niepoważnie traktuje widza – recenzja serialu Netfliksa

"Dziewczyna z Oslo" (Fot. Netflix)

Porwana przez ISIS młoda Norweżka, rozgrywki między Izraelem i Hamasem, a w środku tego matka walcząca o odzyskanie córki. Na papierze "Dziewczyna z Oslo" ma wszystko, by stać się hitem.

Dość niespodziewanie "Dziewczyna z Oslo" trafiła w grudniu do top 10 najpopularniejszych seriali na polskim Netfliksie. Tak się stało pomimo braku jakiejkolwiek promocji serialu, co pokazuje, jak duża jest dzisiaj moc algorytmów. Algorytmów coraz częściej podsuwających nam produkcje niewarte naszego czasu. Tak właśnie jest z "Dziewczyną z Oslo", która dobrze zapowiada się tylko na papierze.

Dziewczyna z Oslo – czy warto obejrzeć serial?

Norweska studentka Pia Bakke (Andrea Berntzen, "Utoya, 22 lipca") wybiera się na wakacje do Izraela, a stamtąd na półwysep Synaj, gdzie wraz z towarzyszącymi jej izraelskimi przyjaciółmi zostaje porwana przez ISIS. Terroryści za ich uwolnienie żądają wolności dla swoich ludzi przebywających w więzieniach w Izraelu i Oslo. Rządy Izraela i Norwegii, przynajmniej oficjalnie, nie zamierzają podejmować negocjacji, więc Alex, matka porwanej dziewczyny (Anneke von der Lippe, "Atlantic Crossing") zaczyna działać na własną rękę, by odzyskać córkę.

Dziewczyna z Oslo recenzja opinie

"Dziewczyna z Oslo" (Fot. Netflix)

Brzmi jak dobry początek, ale muszę powiedzieć to już na wstępie – choć zapowiada się nieźle, "Dziewczyna z Oslo" nie jest udaną produkcją, a to przede wszystkim dlatego, że jej główne wątki zostały sklejone na siłę, przez co serial traci na wiarygodności już w pierwszym odcinku. Bo oto okazuje się, że tuż przed swoim nagłym wyjazdem Pia dowiedziała się, że tak naprawdę nie jest córką swojego ojca. Tożsamość jej biologicznego ojca ma tutaj kolosalne znaczenie – tak naprawdę jest nim niejaki Arik Shor (Amos Tamam, "The Spy"), niegdyś izraelski dyplomata, biorący udział w wypracowywaniu porozumienia z Oslo z 1993 roku.

Dziś Arik jest członkiem izraelskiego rządu, kimś na wzór odpowiednika naszego ministra spraw wewnętrznych, tym samym dysponuje odpowiednią władzą, by nadać porwaniu Pii i jej przyjaciół priorytet. Jak wygodnie dla scenarzystów, jak mniej problemów to tworzy po drodze. A to nie koniec takich personalnych zbiegów okoliczności. W ciągu tych 10 odcinków twórcy zdołali upchnąć ich jeszcze kilka.

Wspomniany Arik na początku nie wie jeszcze, że jest ojcem dziewczyny, ale Alex postanawia dość szybko mu to uświadomić. Ich dialog wygląda wtedy mniej więcej tak: "Co byś zrobił, gdyby to twoje dziecko porwano?"/"Wszystko, co tylko bym mógł"/"Bo właśnie porwano twoje dziecko". Ugh, aż zgrzytają zęby.

Dziewczyna z Oslo ma fatalną główną bohaterką

Alex, będąca główną bohaterką serialu, to zarazem jego największy problem. Już sam nie wiem, czy to wina grającej ją aktorki, czy może scenarzystów, ale to postać tak irytująca, że ciężko odczuwać wobec niej jakąkolwiek empatię. Jasne, jakikolwiek rodzic, który znalazłby się w jej sytuacji, robiłby wszystko, by uwolnić swoje dziecko, jednak wszystkie decyzje podejmowane przez Alex są złe lub bardzo złe, a przy tym negatywnie wpływają na innych. A gdy coś z jej winy idzie nie tak, absolutnie nie przyjmuje tego do wiadomości. Nie wyszło? Trudno, niech ktoś posprząta syf, którego narobiłam.

Dziewczyna z Oslo recenzja opinie

"Dziewczyna z Oslo" (Fot. Netflix)

Jeśli twórcy chcieli zrobić ambitny serial w stylu "Faudy" czy "Homeland", to polegli już na starcie, stawiając w centrum taką bohaterkę. O Alex w sumie wiadomo niewiele – była/jest dyplomatką, która brała udział w tworzeniu porozumienia z Oslo, gdzie poznała Arika oraz Laylę (Raida Adon, "Fauda"), przedstawicielkę strony palestyńskiej, która w czasie poszukiwań Pii jest kontaktem Alex w Strefie Gazy.

W całych tych poszukiwaniach nie wiemy, czy norweski rząd robi cokolwiek, aby uwolnić Pię, słyszymy jedynie o braku negocjacji z terrorystami. Alex wydaje się tutaj pełnić rolę jednoosobowej placówki dyplomatycznej, która tu zaszantażuje izraelskiego ministra, tam pójdzie na układ z Hamasem… A to wszystko Alex robi jako – no właśnie, jako kto? Norweska dyplomatka czy zwykła obywatelka?

Logiki w tym wszystkim niewiele, tak jak w tym, że gdy ISIS żąda wypuszczenia z więzienia w Norwegii niebezpiecznego terrorysty, jego adwokatem zostaje Karl, ojciec Pii (Anders T. Andersen, "Atlantic Crossing"). Zdaje się nie robić wrażenia na nikim, że wyraźnie szantażowany człowiek ma bronić terrorysty, od którego w dużej mierze zależy, czy Pia przeżyje. Zakładam, że to niezbyt normalna sytuacja, choć wygląda na to, że zdaniem twórców wszystko ma tu sens.

Dziewczyna z Oslo nie wzbudza emocji

Choć w pewnym momencie sytuacja komplikuje się dość mocno, a w całą intrygę włącza się jeszcze Hamas, brakuje poczucia, że gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. Owszem, kilka razy emocje rosną, zwłaszcza w scenach akcji, jednak zbyt często bohaterowie popełniają idiotyczne błędy, byle tylko scenarzyści mogli jeszcze nieco pogmatwać fabułę. Mógłbym takie zagrania wybaczyć np. "Domowi z papieru", ale nie produkcji, która sama siebie traktuje śmiertelnie poważnie i chce, żebyśmy my również tak ją traktowali.

Dziewczyna z Oslo recenzja opinie

"Dziewczyna z Oslo" (Fot. Netflix)

Dla laika niezbyt jasne mogą być także relacje polityczne przedstawione w serialu. Przykładowo, bohaterowie wyjątkowo często wspominają porozumienie z Oslo, ktoś nawet stwierdza, że jest ono poniekąd skutkiem porwania Pii. Twórcy jednak ani razu nie wyjaśniają, na czym owo porozumienie polegało. O ile może to być powszechna wiedza w Izraelu czy nawet w Norwegii, międzynarodowy widz będzie miał problem, by się w tym połapać.

Mimo że raz na jakiś czas twórcy próbują odejść od czarno-białego obrazu pt. "Zły Hamas, dobry Izrael", to ostatecznie wychodzi im to średnio i zbyt często jednak wyraźnie wskazują Palestyńczyków jako tę gorszą stronę konfliktu. ISIS, choć odpowiada za porwanie Pii, zostało ograniczone do kilku radykałów z karabinami wyjątkowo chętnie nagrywających kolejne ostrzegawcze wideo. Nie wiemy, czy są oni wysoko postawieni w hierarchii całej organizacji, przekonujemy się za to dość szybko, że nie są zbyt inteligentni.

Zdecydowanie zbyt wiele w tym serialu uproszczeń i nielogiczności, by można było przejść obok nich obojętnie. "Dziewczyna z Oslo" chce być traktowana poważnie, ale niepoważnie traktuje widzów. Zamiast sprawnego thrillera otrzymaliśmy serial, który chciałby do tego miana aspirować, ale te aspiracje zostały pogrzebane już na etapie tworzenia scenariusza. Lepsze produkcje o podobnej tematyce znajdziecie nawet na samym Netfliksie.

Dziewczyna z Oslo jest dostępna w serwisie Netflix

REKLAMA