"Glee" (4x02): It's Brittany, bitch!

Hurra! Ryan Murphy przypomniał sobie, że "Glee" to serial komediowy.

Już sam początek czyli skrót tego co przegapiliśmy zapowiadał odcinek zabawniejszy niż "The New Rachel". I tak było. Przede wszystkim dlatego, że w "Britney 2.0" centralną postacią była Brittany, która ewidentnie jest postacią komediową. I to w starym przegiętym stylu, stylu za który wiele osób pokochało "Glee".

Do tej pory odcinki w hołdzie wychodziły Murphy'emu w kratkę. Chyba najbardziej udanym pod względem fabularnym i muzycznym był odcinek poświęcony Whitney Houston. Poprzednie odcinki były raczej jednym wielkim teledyskiem, niezapadającym jakoś szczególnie w pamięci. Mało tego, poprzedni britneyowy odcinek był chyba najsłabszy w całej historii "tribute to".

Dlaczego więc "Britney 2.0" w ogóle powstało? Powód jest jeden - Britney Spears w "X Factorze", który notabene jest nadawany przed "Glee". FOX wie, jak promować swoje gwiazdy.

Na dobry początek piosenki. Nie czarujmy się, BS nigdy nie była wielką wokalistką. Jej piosenki na pewno nie były jakimś wokalnym wyzwaniem. Posiadają za to coś (przynajmniej te z pierwszych trzech płyt), czego często brakuje dzisiejszym popowym hitom – melodyjność. Jedyne, o co musiały więc zadbać osoby odpowiedzialne za muzykę w "Glee", to ciekawe aranżacje. Czy im to wyszło? Moim zdaniem nie do końca.

"Hold It Against Me" wersji oryginalnej to typowe umc-umc, takie było też w "Glee", aż prosiło się o coś w stylu "Without You". Wiem, że HeMo nie ma wielkiego głosu, ale nie widzę sensu słuchania dokładnie tego samego, co mogę usłyszeć w MTV.

"Boys"/"Boyfriend" – lekki, zabawny i przyjemny występ. Udany mash-up, choć zaśpiewanie lepiej niż Justin Bieber nie było specjalnie trudne. Plus za nowy duet Arte/Blaine.

"Womanizer" – czego by nie powiedzieć o Aleksie, śpiewać potrafi. Wizualnie również na plus.

"3" – przyjemne. Sam grający na gitarze sprawia, że niżej podpisana nie jest w stanie obiektywnie ocenić występu. Dodam tylko, że bardzo cieszę się, że Tina w końcu śpiewa. Czekam na więcej popisów wokalnych panny Cohen-Chang.

"Crazy"/"(You Drive Me) Crazy" – niby ciekawa aranżacja, niby dobre głosy (co ważniejsze, ładnie ze sobą współbrzmiące), ale jakoś nie przekonuje mnie ten wstęp. Może zbyt monotonny? A może sama scena zbyt telelnowelowata? Zdaję sobie jednak sprawę, że znajdą się fani tej sceny i tej piosenki.

Piosenki "Oops!... I Did It Again" w tangopodobnej aranżacji nie kupuję do końca. Nie jest źle, ale szału nie ma. Za to sam występ był bardzo miły dla oka.

"Gimme More" był oczywiście nawiązaniem do niesławnego występu Brtiney na gali MTV Music Awards w 2007 roku. Występ było okropny i bardzo dobrze, bo taki miał być.

"Everytime" - i wreszcie są emocje. Wykonanie Marley było o niebo lepsze niż oryginał, na pewno jej głos dodał trochę głębi do tej prostej popowej ballady.

Mam wrażenie, że Brittany nie mówiła tyle przez cały trzeci sezon. Fajnie było wreszcie zobaczyć, że zależy jej na Santanie. Wielki plus za realne ukazanie związku na odległość - tak to niestety wygląda. Kolejną gratulacje dla scenarzystów za przyjaźń Britt/Sam. Ta dwójka już wcześniej powinna się zaprzyjaźnić, ale lepiej późno niż wcale. Oddzielne podziękowania należą się za Lorda Tubbingtona, który wstąpił do gangu, i za znów wredną Sue.

Choć miano najbardziej wrednej postaci zabrała jej Cassandra. Szkoda, że tak szybko wyjaśniło się, skąd ta frustracja Cassie. Miałam nadzieję, iż będzie to bardziej rozłożone w czasie. Tak czy inaczej panna July nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ta postać jest tak rozwojowa, że jeszcze wiele przed nami. Przy okazji brawa dla Kate Hudson, wyciska z tej roli maksimum. I tak na marginesie - czy tylko ja mam wrażenie, że Julyberry będzie nowym Faberry?

A co mi się nie podobało? Kitty. Niestety wciąż czekam aż mnie do siebie przekona. Obawiam się, że na próżno. Becca Tobin musi chyba wziąć korepetycje od Nayi, bo jej sukowata cheerioska jest płaska i nieprzekonująca. Kolejnym aktorskim niewypałem jest Jacob Artist, może i jest przystojny, może i umie śpiewać, ale i tak wszystko to niszczy fatalną, drewnianą grą aktorską. W ogóle mnie nie przekonuje i w dużej mierze przez jego grę nie kupuję jego romansu z Marley. Jake jak na razie jest nieudaną kopią Pucka (swoją drogą dobrze było go zobaczyć). A cały romans Jarley kopią Finchel. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale tęsknię za Rach i Finnem. Ta dwójka była przynajmniej zabawna, Jake i Marley przypominają parę z "90210".

Podsumowując, największe brawa należą się za pokazanie upadku księżniczki popu i zgrabne przełożenie go na grunt McKinley ("Leave Britney alone" - majstersztyk). Szczególne oklaski należą się Heather Morris bo gdyby nie ona ta postać nie była by tak zabawna. Jeśli RIB dalej będą iść w kierunku komedii nie będzie najgorzej. Choć i tak czuję, że to ostatni sezon "Glee".

REKLAMA