"Sons of Anarchy" (5x13): Nowy stary król

Jeden z lepszych sezonów "Sons of Anarchy" już za nami. Finał przyniósł sporo zmian, w kolejnym sezonie bohaterowie znów będą zmuszeni walczyć z piętrzącymi się problemami. Uwaga, spoilery!

Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek zrobi mi się żal Claya. Ostatnie odcinki pokazały nam starszego człowieka, opuszczonego przez wszystkie niegdyś bliskie mu osoby. Nawet Juice nie jest już tym samym bezgranicznie oddanym przyjacielem, dokonując wyboru pomiędzy miłością do klubu a miłością do przyjaciela. Były prezydent klubu stoi sam naprzeciw całemu światu. Owszem, sumiennie pracował na taką sytuację przez kilka lat i teraz, gdy chyba wreszcie zrozumiał swoje błędy, nie ma przy nim nikogo.

Umarł król, niech żyje król. O starym przywódcy zapomniał już niemal każdy, nowy dopiero nabiera rozpędu. Wreszcie wszystko układa się po jego myśli (przynajmniej do czasu) i, po zakończeniu narkotykowego biznesu oraz handlu bronią, ostatnia przeszkoda w postaci Damona Pope’a zostaje wyeliminowana. Muszę przyznać, że twórcy serialu zagrali mi na nosie – przekonanie, że Jax uratuje Tiga malało z każdą sekundą. Zastanawiam się tylko, czy August naprawdę jest na tyle naiwny, by wierzyć, że to Clay odpowiada za śmierć jego szefa. Jeśli tak rzeczywiście jest, mamy kolejny dowód na to, że serialowi gangsterzy bywają głupsi niż nam się zdaje. Sam Jax pod koniec odcinka przyznaje, że być może wcale nie różni się tak bardzo od Claya. Stało się coś, czego się obawiałem – nowy przywódca to prawdopodobnie tylko młodsza kopia poprzedniego – nie cofający się przed niczym, byleby osiągnąć zamierzony cel.

Najważniejszą postacią finałowego odcinka jest chyba jednak Gemma. To dzięki niej wszystkie elementy planu Jaxa wskakują na swoje miejsce. Jednocześnie pierwsza dama SAMCRO toczy swoją własną grę, której główną ofiarą staje się Tara. To niesamowite, jak Katey Sagal potrafi zagrać postać tak pełną sprzeczności. W jednej chwili szczerze śmieje się z dwójki papużek, by za chwilę spiskować za plecami swojego syna i jego żony. Teoretycznie wszystko po to, by utrzymać rodzinę razem, jednak chyba nikt nie ma wątpliwości, że kierują nią głównie egoistyczne pobudki. Tym samym Gemma wyrasta powoli na największy czarny charakter serialu. Niczym wytrawny gracz robi wszystko, by być centralną postacią w życiu Jaxa i klubu. Czy ktoś zauważył, jak bliźniaczo podobne są do siebie ostatnie ujęcia 4. i 5. sezonu?

Niestety, choć u głównych bohaterów dzieje się w tym roku naprawdę sporo, trochę gorzej jest z postaciami drugoplanowymi. Unser dalej walczy z rakiem, ale poza tym jedynie wlecze się gdzieś w tle, poza atakiem na jego dom na kółkach, nic co z nim związane nie jest specjalnie godne uwagi. Bobby, wiceprezydent klubu, z lepszej strony pokazuje się dopiero pod koniec sezonu, gdy wchodzi w konflikt z Jaxem. Nad Juice'em nadal wisi groźba ujawnienia jego udziału w sprawie RICO, ale poza tym przez większość sezonu funkcjonuje on jako chłopiec na posyłki Claya. Dopiero w ostatnich odcinkach ma większy udział w wydarzeniach wpływających na losy klubu. Chibs również, niby jest, a tak naprawdę trudno wskazać moment, kiedy był w tym sezonie istotny dla fabuły.

Na miejscu scenarzystów pomyślałbym nad rozwinięciem roli Happy’ego. Facet wyraźnie ma w sobie ogromny potencjał, a póki co w niektórych odcinkach nie wypowiada nawet słowa. Żeby jednak nie narzekać za dużo, trzeba wspomnieć o Ottonie, który pojawił się w kilku odcinkach i narobił niesamowitego zamieszania. Ostatnia scena z jego udziałem zapewne nie tylko mnie przyprawiła o ciarki. Nie należy zapominać także o szukającym zemsty Roosevelcie (Rockmond Dunbar), genialnie zagranym przez Jimmy’ego Smitsa Nero, Romero Paradzie (Danny Trejo) czy powracającej Wendy (Drea de Matteo). Z całą pewnością można stwierdzić, że 5. sezon "SoA" mógł pochwalić się jedną z najlepszych obsad w telewizji.

Najnowsza seria bardziej skupia się na bohaterach i relacjach między nimi, niż na wybuchach, pościgach, strzelaninach czy bójkach, ale tych przecież również nie mogło zabraknąć. Sam finał zafundował nam przecież świetną scenę pościgu za Dante – gangsterem, którego Nergo nie darzy szczególną sympatią. Synowie nadal bywają narwani, wściekli i okrutni, pozwalają emocjom, by wzięły nad nimi górę, ale przecież między innymi za to ich kochamy, prawda? Po tym sezonie kocham ich jeszcze bardziej, oby w przyszłym roku było tak samo. Jestem pewien, że będzie. Kurt Sutter ma w swoich rękach wciąż niedoszlifowany diament, ale robi wszystko, by z każdym sezonem był on coraz więcej wart.

REKLAMA