Jak wielkim sukcesem jest "House of Cards"?

Netflix nie ujawnia dokładnych danych, ale już można się domyślać, że "House of Cards" jest sporym sukcesem. Ale czy ma szansę rywalizować jak równy z równym z produkcjami "prawdziwych" stacji TV?

O "House of Cards" platformy Netflix na Serialowej wypowiedział się już niemal każdy autor, nie będę więc po raz kolejny recenzować serialu, powiem tylko, że i ja należę do zadowolonych widzów. Przede wszystkim ciekawi mnie jednak inna rzecz: jak "House of Cards" wpłynie na rozwój Netfliksa, który wpakował w produkcję 100 mln dolarów i ma wielkie plany związane z kolejnymi własnymi serialami (na razie najważniejsza wydaje się kontynuacja "Arrested Development").

Szefostwo Netfliksa już się chwaliło, że "House of Cards" jest najlepiej oglądającym się serialem w historii serwisu, nie podało jednak żadnych liczb. Czy to oglądalność na poziomie "Gry o tron" czy raczej 5. sezonu "90210"? Tego nie będziemy wiedzieć na pewno, dopóki Netflix nie zmieni zdania co do ujawniania danych dotyczących oglądalności. A raczej tego nie uczyni - czytałam w "Washington Post" wywiad z szefem serwisu, który dziwił się, że w ogóle kablówki podają takie informacje do wiadomości publicznej. Jego zdaniem to tylko niepotrzebnie stresuje twórców seriali.

"House of Cards", czyli powód, by płacić Netfliksowi

Amerykańska firma Cowen and Company zrobiła ankietę po dwóch tygodniach od wrzucenia przez Netflix całego sezonu "House of Cards" do sieci. Przepytano 1200 osób, spośród których 28% jest płacącymi abonament klientami Netfliksa, a 18% ma dostęp do serwisu, choć za niego nie płaci (czyli np. korzystają z konta swojej mamy albo dziewczyny). Okazuje się, że 10% z nich widziało już "House of Cards". Większość nie poprzestała na jednym odcinku - średnio obejrzeli sześć odcinków. 19% z nich widziało już cały sezon.

80% z nich mówi, że serial jest "dobry" lub "wyjątkowy". Użytkownikom Netfliksa podoba się również pomysł wrzucenia do sieci wszystkich odcinków naraz - aż 90% z nich jest z tego powodu zadowolonych. Pozostałe 10% ma mieszane uczucia, ale nikt nie wyraził zdecydowanego sprzeciwu wobec takiej strategii. Z ankiety wynika również, że "House of Cards" dodatkowo przywiązał ludzi do Netfliksa - ci, którzy widzieli serial, mówią, że teraz na pewno nie będą rezygnować z subskrypcji. A ci, którzy już za nią płacą, faktycznie z serwisu korzystają - średnio przez 6,5 godziny dziennie. Większość jednak mówi, że nie zareagowałaby pozytywnie, gdyby cena wzrosła (teraz za Netfliksa Amerykanie płacą 7,99 dolara miesięcznie).

Komentarze w amerykańskiej sieci są dość jednoznaczne: "House of Cards" to sukces Netfliksa. Ale szukając, co tam w internecie piszczy, natrafiłam też na ciekawy głos z "New York Timesa.

Nie za mało tego szumu?

David Carr analizuje, jak wyglądał szum związany z "House of Cards" w serwisach społecznościowych. Oglądanie seriali w TV i komentowanie od razu na Twitterze czy Facebooku to bardzo popularna zabawa wśród Amerykanów (my zresztą też tak robimy, ale niekoniecznie w związku z serialami. Na Twitterze najlepiej ogląda się razem mecze). Kiedy mamy do czynienia ze "zwykłym" serialem, zasiadamy przed telewizorem o określonej godzinie i komentujemy, a wraz z nami komentują tysiące osób.

Jedne seriale są bardziej komentowane, inne mniej, ale zawsze coś się dzieje. Ostatnio w sieci zapanowało szaleństwo przy okazji premiery nowego sezonu "Community" - NBC dodatkowo ten szum nakręcało, prezentując na dole ekranu różne hashtagi twitterowe, dotyczące konkretnych sytuacji z odcinka. Niemal każdy amerykański serial ma swoje konto na Twitterze, standardem stało się też pokazywanie hashtagów w telewizji.

W przypadku "House of Cards" mogłoby to wyglądać tak samo - i to przez 13 tygodni z rzędu. Ponieważ Netflix udostępnił wszystkie odcinki naraz, szaleństwo trwało krócej niż powinno. W zasadzie tylko kilka dni. Potem wszyscy już oglądali kolejne odcinki i bali się pisać na temat ich treści w serwisach społecznościowych, w końcu znajomi mogą być na innym etapie oglądania. Na polskim Twitterze wielu użytkowników zdenerwował europoseł Adam Bielan, który rzucił spoilerem z kolejnych odcinków parę dni po premierze "House of Cards".

Ta niemożność swobodnego rozmawiania o kolejnych odcinkach w sieci niewątpliwie sprawia, że zamieszanie wokół serialu trwać będzie krócej niż "powinno". Na wykresie poniżej możecie prześledzić, jak spada zainteresowanie serialem w serwisach społecznościowych.

Można to równie dobrze odnieść do dziennikarzy i blogerów - gdyby co tydzień pojawiał się jeden odcinek, wielu z nich pewnie by go recenzowało, rozstrząsając każdy szczegół fabuły. Ponieważ Netflix udostępnił wszystkie naraz, wszyscy rzucili się na pilota, a potem zapanowało milczenie. Czasem już znajduję w amerykańskich serwisach podsumowania całego sezonu - choć od premiery minęło nieco ponad dwa tygodnie. Za kolejne dwa pewnie o "House of Cards" zapomnimy. Kolejne odcinki dopiero za rok. Gdybym była szefem Netfliksa, zastanowiłabym się, czy to aby na pewno dobrze. Może lepiej byłoby wrzucać po dwa, trzy odcinki "House of Cards" w tygodniowych odstępach? Netflix powinien to niewątpliwie przemyśleć.

Czy "House of Cards" ma szansę na Emmy?

Ostatnia ważna sprawa to prestiżowe nagrody, przede wszystkim Emmy. Od 2008 roku produkcje internetowe mogą je dostawać, tak jak te zrobione przez "prawdziwe" telewizje. A więc, jak zauważył już TV Guide, "House of Cards", "Arrested Development" i inne produkcje sieciowe będą rywalizować z "Mad Men", "Homeland" czy "Girls". Wydaje mi się, że nominacje dla któregoś z nich (albo i obu) są pewne, pytanie, czy któryś faktycznie nagrodę dostanie.

Jeśli tak, to będziemy mogli odtrąbić początek nowej ery w rozwoju telewizji. Ery, w której ani tradycyjne stacje, ani odbiorniki telewizyjne nie będą już potrzebne. Nie mówię oczywiście, że znikną albo że telewizja może czuć się zagrożona. Nie, do tego jeszcze droga daleka. Ale na pewno ta rywalizacja jeszcze nigdy nie zapowiadała się tak pysznie.

REKLAMA