"Glee" (4x19): Słodkie powroty

"Sweet Dreams" upłynął pod znakiem powrotów. Jedne były miłe, drugie trochę mniej. Ale generalnie odcinek się obronił.

Pierwszy powrót – wróciło komediowe "Glee". Po ostatnich dramatycznych wydarzeniach dostaliśmy chwilę wytchnienia. Żadnych nieciekawych trójkątów miłosnych nowych członków glee clubu. Żadnych strzelanin. Żadnych dylematów Rydera. Oczywiście w jego sprawie nie wyjaśniło się nic. Ucinanie wątków to ulubiona rozrywka scenarzystów. Niestety, nie było też żadnych scen z Santaną, ale jestem w stanie to przeboleć.

Po pierwsze: stał się cud. Mimo że odcinek w dużej części opowiadał o Marley, oglądałam go z przyjemnością. Może dlatego, że zamiast nudnego jak flaki z olejem wątku Marley/Jake mieliśmy klasyczne dylematy chóru. Można powiedzieć, że był to powrót do korzeni. Loserzy dzięki chórowi spełniają marzenia. Przy okazji Will uczy się czegoś od swoich podopiecznych. Chyba pierwszy raz udało się uchwycić jakąś namiastkę pierwszej serii.

A skoro już jesteśmy przy pierwszym sezonie, to nie wypada nie wspomnieć o kolejnym powrocie – powrocie oryginalnej szóstki glee clubu. Rachel, Finn, Kurt, Mercedes, Artie i Tina znowu razem. Niestety, na razie tylko w głowie panny Berry.

A właśnie, w końcu doczekaliśmy się starej Rachel Berry. Zakręconej na punkcie Barbry, maksymalnie skupionej na swojej broadwayowskiej karierze. Przez większość czwartej serii, Rach była definiowana albo jako eksdziewczyna Finna, albo jako obecna dziewczyna Brody'ego. Nie mówię, że ma być singielką, ale niech w końcu dadzą tej postaci porządną historię. Dobrym krokiem w tym kierunku było pojawienie się Shelby. Był to chyba najmniej spodziewany comeback czwartej serii. I prawdopodobnie najmilszy. Fajnie, że RIB sobie o niej przypomnieli. Szkoda, że przypuszczalnie odgrzebią tę postać za dwa sezony.

I znów powrót: Finchel. Sprytny plan Ryana Murphy'ego wypalił. Stworzył najbardziej beznadziejną parę (Jarley), po której jestem w stanie znieść Rachel i Finna razem. Nie inaczej było tym razem. Autentycznie ucieszyłam się z tej sceny. Może dlatego, że była sympatyczna i nieprzesadzona? Czy ktoś w ogóle ma wątpliwości, ze ta para to endgame?

Oczywiście, zanim to nastąpi, Finn uratuje chór. Wygląda na to, że Hudson jako nauczyciel to ostateczny pomysł na tę postać. Nie pozostaje nam nic innego, jak się z tym pogodzić. Z przyjaźnią Willa z dziewiętnastolatkiem też, ale niech będzie, w końcu to "Glee". Pogodzenie się tej dwójki rozegrano całkiem nieźle. Przy okazji, przez chwilę mogliśmy zobaczyć, co by było, gdyby "Glee" było amerykańską studencką komedią. Cały ten wątek dał też pretekst do ponownego pojawienia się Pucka. Kolejny plus dla scenarzystów. Tak na marginesie, ciekawie byłoby zobaczyć, jak radzi sobie reszta chóru w college’u. Moglibyśmy na przykład zobaczyć Quinn i jej "eksperymenty" w Yale.

Na koniec niemiłe zaskoczenie - powrót Roz. Po raz enty usłyszeliśmy tekst o "starej jak świat Sue". Na Boga, ileż można tego słuchać? Czyżby scenarzyści aż tak zachłysnęli się swoim żartem? Być może tu tkwi problem z Roz, jej monologi są niesamowicie przegadane. Jeśli natomiast, powie coś świeżego i w miarę krótkiego, tak jak tekst o Korei Północnej i Dennisie Rodmanie, niespodzianka – jest w stanie nas rozbawić.

Jeśli chodzi o muzykę to właściwie tylko o dwóch występach warto wspomnieć.

"Don't Stop Believin'" – zaskakujący wybór Rachel. Moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Oczywiście RIB grają nie fair - każdemu fanowi "Glee" na pewno zakręciła się łezka. Oby więcej takich występów.

"Next to Me" – w końcu występ na miarę talentu obu pań. Ten duet raczej nie miał szczęścia do repertuaru (koszmarne "Pokerface"). Słuchanie (i oglądanie) było czystą przyjemnością. Miejmy nadzieję, że nie był to ostatni raz.

Liczę, że "Lights Out" podtrzyma dobrą passę "Glee". Rok temu to właśnie końcowe odcinki były wartością dodaną trzeciej serii.

REKLAMA