"Lost Girl" (3x13): Jeden wielki chaos

"Lost Girl" (Fot. Showcase)

"Lost Girl" (Fot. Showcase)

Jak ten czas szybko leci. Wydaje się, że wczoraj usprawiedliwiałam się, sama przed sobą z oglądania serialu o seksualnym wampirze, a dziś recenzuję finał trzeciego sezonu.

Swoją drogą, wciąż dziwnie się czuję, opisując fabułę "Lost Girl". Jak pisałam wielokrotnie, "Lost Girl" to klasyczne guilty pleasure – żadne artystyczne przesłanki nie przemawiają za oglądaniem tego serialu. Nic się pod tym względem nie zmieniło. Wciąż mamy wszystko to, za co pokochaliśmy produkcje Showcase. Pytanie brzmi – kiedy przestanie nam to wystarczać. Myślę, że spokojnie da się jeszcze wyciągnąć z tej historii dwa krótkie sezony.

A jaki był finał "trójki"? Cóż, to był jeden wielki chaos. Powrót matki Bo, walka z Tamsin, porwanie Dysona, porwanie Tricka, prócz tego porwanie Kenzi, a na koniec ojciec Bo i bonusowo dachowanie Tams i Dysona. Naprawdę więcej wątków upchnąć się nie dało? Owszem, finał to finał, musi być dynamiczny. Jednak wolałabym, żeby skupiono się na jakości, a nie ilości. Czy nie lepiej było skoncentrować się na jednym wątku i poprowadzić go porządnie? Poza tym miło by było, gdybyśmy otrzymali odpowiedzi, a nie kolejne pytania.

Na szczęście otrzymaliśmy odpowiedź na te najważniejsze: kto stoi za morderstwami nimf. Ten wątek przewijał się przez cały sezon. Szalony naukowiec milioner i żądza zemsty. Pomysł rodem z filmów klasy B – kupuję to. Ten wątek idealnie wpisał się w konwencję. Przy okazji bardzo elegancko wplątali w to Lauren. Chyba nikt nie miał wątpliwości co do jej prawości. I geniuszu. Za uratowanie Dysona, mimo ewidentnej zazdrości, należą się brawa. Niestety, za kłamstwo pochwały już się nie należą. Dodajmy, że Lauren po raz kolejny zataja fakt dotyczący swojej przeszłości. To następna rysa na tej postaci, a raczej jej relacji z Bo. Cóż, nikt nie jest idealny. Nawet doktor Lewis.

Powrót Aifie, czyli matki Bo, oceniam na plus. W końcu wiemy, co się z nią działo przez ten cały czas. Ciekawa jestem, co czeka tę postać w czwartej serii – czyżby konfrontacja z ojcem Bo? Skoro jesteśmy już przy ojcu, fajnie, że Bo poznaje prawdę o swojej rodzinie. Żeby tylko "Lost Girl" nie zmieniło się to w jakąś familijną ckliwą opowiastkę. Jeśli byłaby to produkcja amerykańska, nie miałabym wątpliwości, że tak będzie. W końcu Amerykanie lubują się w takich głodnych kawałkach. Cała nadzieja w Kanadzie. Choć oczywiście poszukiwanie zagubionej tożsamości to główny wątek serialu, więc musimy się przygotować na coraz większą koncentrację fabuły wokół rodziny Bo.

Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to mam wrażenie, że ich wątki rozwiązano po macoszemu. Porwanie Tricka w "Hail, Hale" wyglądało na dosyć poważną sprawę. Rozwiązanie tego wątku zajęło jedną scenę. To samo tyczy się Hale’a. Tak na marginesie, miejmy nadzieję, że jego abdykacja oznacza jego częstsze pojawianie się w czwartej serii.

Trochę więcej miejsca w scenariuszu poświęcono Kenzi, a dokładniej jej porwaniu. Wygląda na to, że jej przemiana w nimfę to kwestia czasu. Wydaje się, że to jedyny możliwy sposób na rozwinięcie tej postaci. Od jakiegoś czasu Kenzi stoi w miejscu. Jeśli jedynym ratunkiem na wydobycie jej ze scenariuszowego dołka jest jej przemiana, to niech tak będzie. W końcu wszystko będzie lepsze od trzeciego sezonu, w którym było jej jak na lekarstwo.

Wisienką na torcie była konfrontacja Bo/Tamsin. W końcu dziewczyny grały w otwarte karty. Najpierw głupawa kopanina, a potem scena, której nie powstydziłaby się Stephenie Meyer. Wyznanie Tamsin wręcz ociekało kiczem, zabrakło autoironii typowej dla tego serialu. Jedynie pocałunek obu pań mógłby zrekompensować tę nieznośną dawkę słodyczy. Niestety drażnienie fandomu to chyba ulubione zajęcie serialowych scenarzystów i pocałunku nie dostaliśmy.

Tamsin niewątpliwie jest postacią sezonu. Jej pojawienie się było strzałem w dziesiątkę. Swym przybyciem nieźle zamieszała i, co najważniejsze, rozruszała nieco już skostniałą główną obsadę.

Swoją drogą naiwnie sądziłam, że Tam Tam będzie parą dla odstawionego na boczny tor Dysona. Nie doceniałam "LG", przecież w tym serialu każdy/każda leci na Bo. Widać scenarzyści uznali, że trójkąty są passe i postanowili uraczyć nas czworokątem. Przyznam bez bicia, że podoba mi się ten pomysł. Oczywiście, Bo i Tams mogą zostać przyjaciółkami, tylko w jakim celu byliśmy karmieni tymi wszystkimi scenami z podtekstami?

I tak, wszystko wskazuje na to, że kolejna postać ustawia się w ogonku do serca Bo. Czy w finałowym sezonie wszyscy pretendenci stoczą pojedynek w stylu "Igrzysk śmierci"? Oczywiście, ironizuję, ale niewiele trzeba, aby to wszystko wymknęło się spod kontroli.

Osobiście kibicuję Bo i Lauren. Trzecia seria to był czas tej właśnie pary (zgodnie z tym, co Bo powiedziała w "Caged Fae"). Mam nadzieję, że ta relacja nie pozostanie melodią przeszłości, choć to związek skazany na porażkę - człowiek i sukkub to średnio udane połączenie. Scena zerwania była jedną z najlepszych w historii serialu, liczę na równie poruszającą scenę powrotu.

Zanim to nastąpi, wielce prawdopodobne, że w czwartym sezonie Bo wróci do Dysona. O ile oczywiście Dyson (i Tamsin) przeżyją. Cliffhanger godny niemieckiej opery mydlanej. Dam sobie rękę uciąć, że ta dwójka jakoś się z tego wykaraska. Moja pewność siebie nie byłaby aż tak ogromna, gdybym nie czytała na Twitterze Rachel Skarsten. Aktorka potwierdziła, że jej postać powróci w nowym sezonie.

Mamy więc na co czekać. Miejmy nadzieję, że "czwórka" będzie co najmniej tak dobra jak swoja poprzedniczka. To naprawdę był całkiem niezły sezon. Co prawda po bardzo dobrym pierwszym odcinku akcja trochę przystopowała, na szczęście im było bliżej końca serii tym było lepiej. Prawdę mówiąc, żałuję, że wyprodukowano tylko trzynaście odcinków.

Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak wypatrywanie jesieni.