"Glee" (4x22): Mało finału w finale

Finałowy odcinek "Glee" był dokładnie taki jak cały czwarty sezon – nudny i nijaki.

Jestem pewna, że jeśli "All or Nothing" nie byłby ostatnim odcinkiem serii to nikt z widzów nie zorientowałby się, że to finał. Równie dobrze mógłby być kolejny zwyczajny odcinek. "All or Nothing" koncentrował się wokół czterech głównych wątków. Niestety, nie ma wśród nich Rachel i jej przesłuchania do "Funny Girl", bo przecież trudno nazwać wątkiem sam występ. Tak na marginesie, "To Love You More" było znakomite. Znikoma ilość panny Berry była zapewne spowodowana zawirowaniami w życiu Cory'ego Monteitha. RIB szykowali pewnie jakiś dramacik z Finnem w tle i nieznośny finchelowy cliffhanger.

Jak to często bywa, życie pisze własne scenariusze. Zamiast Rachel mieliśmy Brittany. I szczerze? Tylko ten wątek sprawił, że mieliśmy prawo odczuć wyjątkowość tego odcinka. Mam wrażenie i chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że było to pożegnanie Heather Morris z "Glee". Dziewczyna jest w trzecim miesiącu ciąży i trudno oczekiwać innej decyzji niż rezygnacja z pracy na planie. Zresztą wybitnie komediowa postać Britt coraz mniej pasowała do niekomediowego "Glee".

Odejście HeMo ma swoją oczywistą i dla mnie bardzo smutną konsekwencję - koniec Brittany. Cóż, delikatnie rzecz ujmując to nie był ulubiony związek Ryana Murphy'ego. Czy jednym "Brittana is real" da się wymazać dwa sezony beznadziei? Absolutnie nie. Brittana to związek stworzony z przypadku. Zupełnie jak orientacja Santany. Skoro już jednak został wymyślony i tak wielu widzów go zaaprobowało, wypadałoby poprowadzić go należycie. Przez większość czasu dziewczyny nawet nie zachowywały się jak para. Nie jest więc niespodzianką, że pożegnanie z tym związkiem było takie, a nie inne. Żadnej poważnej rozmowy. Chciałoby się powiedzieć: jaki związek, taki koniec. Choć zarówno scena w sali prób, jak i scena w audytorium wycisnęła ze mnie ostatnie łzy. I to właśnie uratowało resztki honoru, które ostały się jeszcze scenarzystom.

Trzeba jednak wziąć się w garść, obetrzeć łzy i spojrzeć w przyszłość. Santana zaczyna randkować w Nowym Jorku. Brawo, RIB w końcu wysłuchali moich żalów. Czekam na ciekawy wątek romansowy w następnym sezonie.

Jeśli jesteśmy już przy romansach, to Sam Evans nie ma do nich szczęścia. Zerwanie z Britt było równie niespodziewane co sparowanie tej dwójki. Zaczyna mi być żal tej postaci. Najpierw niefortunny związek z Quinn. Następnie związek wzięty z kosmosu, czyli relacja z Mercedes. Może skoro nie wychodzi mu z dziewczynami, spróbowałby z Blaine'em?

Drugi wątek, wokół którego kręcił się finał, to właśnie Blaine i Kurt. A raczej kolejna część cierpień młodego Andersona. Spytam po raz kolejny: co się stało z jedną z moich ulubionych postaci? Owszem, miłość, a raczej związki zmieniają ludzi. Tyle że Blaine z drugiego sezonu, a obecny Blaine to niebo a ziemia. B. jest nieznośną drama queen, wciąż użala się nad sobą. Gdzie jest ten chłopak, który rządził całym Dalton? Skoro jesteśmy w klimatach "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", spytam też: gdzie jest stary Kurt? Mam na myśli tego wrażliwego i delikatnego chłopaka. Niestety, wygląda na to, że ten związek kompletnie nie służy obu postaciom. Przypomina jakiś miks disnejowskiej klasyki: Blaine robi za Zakochanego Kundla, a Kurt za Królową Śniegu.

No i najważniejsza sprawa: zaręczyny. Czy naprawdę musimy przez to przechodzić kolejny raz? Finn i Rach w trzeciej serii, halo, ziemia do Ryana Murphy'ego. Czy naprawdę jedyne, na co stać scenarzystów to tanie chwyty? O ile tania zagrywka w postaci przebierającej się panny Lopez była miła dla oka, to ślepo zakochany Blaine już nie. Jedynym plusem pożal-się-Boże-zaręczyn-do-których-i-tak-nie-doszło było pojawienie się Meredith Baxter i Patty Duke. Cały ten pomysł z "mentorkami" był niezwykle uroczy; był jedną z nielicznych rzeczy, które wyszły RIB w tym odcinku. Szkoda, że wszystko zostało zapaskudzone cliffhangerem. RM trzyma Klainersów w szachu, przynajmniej do września.

Kolejny, najprawdopodobniej najnudniejszy wątek to Ryder i jego internetowa miłość. Oczywiście niespodzianki nie było. To Unique jest dziewczyną, z którą pisał R. Może to ważny wątek dla osób transgenderowych, a może po prostu następna zapchajdziura. Jakby to powiedziała panna S. Pearse: "Sorry/not sorry".

Wreszcie teoretycznie najważniejsza sprawa: regionalne. Szczerze? Jessica Sanchez wciągnęła nosem całe New Directions. Chyba jeszcze nigdy występ ND nie był aż tak widocznie słabszy od występu któregoś z konkurentów. Absolutnie zero emocji. Samo wykonanie też nie rzuciło mnie na kolana. Nie ma się zresztą co dziwić, skoro chór stracił najlepszych wokalistów. "Wisienką na torcie" był występ nudnej Marley ze swoją nudną piosenką. Czy można być bardziej nijakim?

Swoja drogą, czy kogoś z Was w ogóle obeszło, kto wygra regionalne? Nie sądzę. Jeszcze chyba nigdy nie było mi to tak obojętne. Przykro mi, Ryan, to nie działa. Nowe dzieciaki są po prostu słabe. Nie pokochałam ich, nawet ich nie znienawidziłam. Są mi najzwyczajniej w świecie obojętne. I podejrzewam, że większość fanów "Glee", podziela moje zdanie. Zresztą wyniki oglądalności świadczą same za siebie.

Nie ma co ukrywać – "czwórka" to totalne nieporozumienie. Nie byłam entuzjastką kontynuacji trzeciej serii i niestety czas potwierdził moje obawy. Jedyne, co trzyma garstkę widzów przy serialu, to stare postaci. Jak wiemy, zdesperowany Fox przedłużył żywot "Glee" o kolejne dwa sezony. Powiem jedno: strach się bać.

REKLAMA