"King & Maxwell" (1x01): Przeciętni nieprzeciętni

"King & Maxwell" (Fot. TNT)

"King & Maxwell" (Fot. TNT)

Pierwsze zetknięcie się z "King & Maxwell" uświadomiło mi, dlaczego nie lubię seriali proceduralnych. Wszystkie wydają się takie same, nawet jeśli bohaterowie mają być inni niż wszyscy.

Stróżów prawa działających w duecie mieliśmy w historii telewizji już całkiem sporo, oczywiście metody ich pracy były zwykle dyskusyjne, a sami partnerzy różnili się od siebie niczym ogień i woda. Podobnie ma się sytuacja w przypadku Seana Kinga (Jon Tenney) i Michelle Maxwell (Rebecca Romijn) z serialu stacji TNT "King & Maxwell". Niestety, tych dwoje prywatnych detektywów, naznaczonych (a jakżeby inaczej) skomplikowaną przeszłością, póki co nie było w stanie przekonać mnie do siebie.

Jak wspomniał już w swoim wczorajszym tekście Bartek, w serialach kryminalnych brakuje bohaterów, którzy byliby… zwykli. Wygląda na to, że postawienie na miejscu zbrodni ludzi mających szczęśliwą rodzinę, lubiących swoją pracę, ale nie zatracających się w niej bez opamiętania, byłoby pomysłem niezwykle nowatorskim. King i Maxwell szybko toną w morzu innych policjantów, agentów, detektywów o równie lub jeszcze bardziej niekonwencjonalnych metodach pracy. Dodatkowo nie widać między nimi szczególnej chemii. Owszem, żartują z siebie w bardziej lub mniej udany sposób, ratują się nawzajem, ale wszystko to wydaje się wymuszone.

Po emisji pilota wygląda na to, że będziemy mieli do czynienia ze zwykłym proceduralem, w którym raz na jakiś czas bohaterów będzie nawiedzać ich własna przeszłość. Problem w tym, że nic nie wskazuje na to, aby "King & Maxwell" wyróżniał się czymkolwiek na tle podobnych produkcji. A tych jest przecież bez liku, zresztą sam Shane Brennan, twórca serialu TNT, odpowiedzialny jest za jedną z nich – "NCIS: Los Angeles". Liczę na to, że w ciągu kolejnych kilku tygodni znajdę jakiś punkt zaczepienia, dzięki któremu będę chciał dalszych odcinki. Póki co jedynym powodem jest mała ilość seriali emitowanych latem.

W pierwszym odcinku Sean i Michelle próbują rozwiązać zagadkę śmierci Teda, prywatnego detektywa i przyjaciela Seana. Oczywiście widzom dane jest usłyszeć łzawą historię, jak to King po wywaleniu z Secret Service zatracał się w żalu popijanym alkoholem, jednak Ted oczyścił go ze wszystkich zarzutów, wyciągnął na prostą i wysłał na studia prawnicze. Droga do prawdy jest kręta, rozwiązanie oczywiście zaskakujące, problem w tym, że całe śledztwo jest widzowi zupełnie obojętne. Nasi bohaterowie mają okazję, by pokazać swoje umiejętności w sztukach walki, przerzucić się kilkoma z założenia zabawnymi uwagami, niestety napięcia w tym wszystkim niewiele. Ich ścieżki krzyżują się jeszcze z oskarżonym o morderstwo Edgarem Royem, który będzie ważnym elementem całej układanki, ponieważ zdarzyło mu się być klientem Teda.

Aby serial nie był zbyt "zwyczajny" Edgar cierpi na autyzm, jest matematycznym mistrzem, za to z wiadomych względów gorzej wychodzą mu kontakty międzyludzkie. Jak na razie to najciekawsza postać całej produkcji, na całe szczęście będzie nam towarzyszyć także w kolejnych odcinkach. Przyda się wyrazisty drugoplanowy bohater, gdy ci na pierwszym planie są niewyraźni,. Przyznaję to z bólem, ale relacje Kinga i Maxwell pozbawione są jakiejkolwiek chemii, a przecież powinno między nimi aż iskrzyć. Oby była to dopiero rozgrzewka.

"King & Maxwell" można z czystym sumieniem uznać za rozczarowanie, a głównym tego powodem jest niestety tytułowa dwójka, żywcem wyjęta z niezwykle popularnej serii literackiej autorstwa Davida Baldacciego. Jak widać, nie wystarczy wziąć do ręki książkę i przenieść ją na ekran. Póki co razić może przeciętność bohaterów, choć mieli oni być z założenia zupełnie nieprzeciętni. Miejmy nadzieję, że w kolejnych tygodniach produkcja TNT zanotuje zwyżkę formy, w innym wypadku nie będzie zasługiwała nawet na miano guilty pleasure.

REKLAMA