"True Blood" (6x01): W Bon Temps bez zmian

"True Blood" (Fot. HBO)

"True Blood" (Fot. HBO)

Uwielbiam ten moment, kiedy zaczyna się nowy sezon "True Blood" i Jace Everett śpiewa, że chciałby robić ze mną złe rzeczy. Ale niedługo potem nadchodzi otrzeźwienie: znów jest tak samo jak poprzednio - czyli przeciętnie. Spoilery.

Taki miły dreszczyk czuje pewnie niejeden miłośnik seriali, słysząc "Bad Things", i to mimo obniżającej się od pewnego czasu jakości scenariusza "True Blood". Klimat produkcji HBO to jedna z jej największych zalet, która sprawia, że oglądam i złorzeczę, a potem jeszcze więcej złorzeczę i oglądać nie przestaję.

Tak będzie i w tym sezonie, po którym poprawy jakościowej raczej się nie spodziewam. Zwłaszcza że nawet w porównaniu z finałem poprzedniej serii był to odcinek słaby, nadmiarem scen, które zapamiętam, nie grzeszący. Jak zwykle zdarzyło się kilka pysznych tekstów (głównie w wykonaniu Jasona i Pam), była też szalona scena miłosna z Alcide'em i dwiema ostrymi wilczycami w rolach głównych. Czyli standardowo. Ale niestety przez większość odcinka zwyczajnie się nudziłam i aż korciło, żeby przewijać, przewijać i jeszcze raz przewijać.

Billith okazał się nie być - przynajmniej na razie - taki straszny, jak go malują, ale widać, że z Billem Comptonem dzieje się coś złego. Czy to faktycznie nie jest już Bill, a jakiś straszny stwór siedzący w jego skórze? Nagi, zły Superman, jak to barwnie określił niezastąpiony brat Sookie. A może w ciele dawnego ukochanego jasnowłosej kelnerki z baru Merlotte'a trwa walka pomiędzy siłami dobra i zła? O cokolwiek by nie chodziło, nie do końca mi się ten wątek podoba. Być może scenarzyści powinni posłuchać Nory, wołającej "Kill Bill!", bo mam wrażenie, że ta postać nie obchodzi mnie już tak jak kiedyś. Ale możliwe, że zabicie Billa nie będzie teraz już takie proste. Bill jest nieśmiertelny i upojony swoją własną potęgą, jak nieszczęsny generał Sherman, którego na Południu mają prawo nie wspominać najlepiej (a którego motywy i efekty działań były trochę bardziej skomplikowane, niż widzi to Bill Compton).

Faktycznego superbohatera, Erica, i jego miłość do Sookie na razie odłożono na półkę, w związku z czym moja babska część natury - tak, posiadam takową! - nie czuje się usatysfakcjonowana. Romanse Alcide'a nie wydają mi się nawet w części tak ekscytujące, jak dawny trójkącik, a bywało, że i czworokącik, z panną Stackhouse. Owszem, ze spoilerów wiem, że Sookie spotka w tym sezonie faceta, ale cóż mi po nim skoro nie będzie to najprzystojniejszy wampir wiking, jakiego ziemia nosiła.

Mam zresztą wrażenie, że w 6. sezonie akcenty będą rozłożone inaczej i zamiast ciągłych romansów panny S. oglądać będziemy zmagania z wampirem, który zabił rodziców jej i Jasona. Zwłaszcza że możemy domyślać się, iż jest potężny (co w świecie "True Blood" nie musi mieć wielkiego znaczenia - wystarczy przypomnieć, jak padały jeden po drugim wampiry z Wampirzej Władzy) i (chyba?) ma twarz Rutgera Hauera. Sookie chyba znowu będzie musiała ratować swojego brata, który zresztą potraktował ją dość niesprawiedliwie i trochę dziwnie, mówiąc, że dla niego już jest martwa. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie, ale nie siedzę z tego powodu na szpilkach w oczekiwaniu na kolejny odcinek. Niestety, te czasy już się skończyły.

Dobrze zapowiada się wątek Trumana Burrella (Arliss Howard), gubernatora Luizjany, który nienawidzi wampirów i wyraźnie knuje coś przeciwko nim, być może nawet uważa, że odkrył sposób na eksterminację całego wampirzego gatunku (po cóż innego miałby uczestniczyć w produkowaniu Tru Blood?). Uwielbiam wampirzą politykę - choć zazwyczaj najlepiej wygląda w trailerach - i chcę oglądać takie dwulicowe postacie, których ruchów nie da się przewidzieć. Liczę na to, że Burrell stanie się godnym następcą nieodżałowanego króla Russella.

Jak zwykle w "True Blood" mamy masę wątków pobocznych, które służą głównie do zapchania godziny antenowej. Andy i jego trzódka to fajny element komiczny, ale lepiej, żeby nie stał się niczym więcej. Nie czuję żadnego emocjonalnego związku z Andym ani dziećmi Andy'ego. Niewiele większym zainteresowaniem darzę Sama Merlotte'a, niegdyś jedną z moich ulubionych postaci. Szkoda, że znów będzie musiał ratować świat, a przynajmniej małą Emmę, bo naprawdę nie przeszkadzałoby mi, gdyby po prostu siedział w knajpie i podawał piwo. Niektóre postacie powinny po prostu kręcić się w tle, zamiast być na siłę wkręcane w jakieś dziwaczne przygody. Przez te wszystkie sezony zdążyła się też ulotnić większość mojej sympatii do Alcide'a. Nawet Pam stała się nieco denerwująca, a jej wcale-nie-związek z Tarą kręci mnie jakby mniej niż w zeszłym sezonie.

Stare postacie wydają mi się w ogromnej większości wypalone, i nie sądzę, bym w tym sezonie miała zmienić zdanie na ten temat. Podejrzewam raczej, że to wrażenie się pogłębi. Oby świeża krew, w postaci Burrella i Warlow, spełniła swoje zadanie, tj. pomogła utrzymać jako taki - bo przecież już nie wysoki - poziom "True Blood".

Bo mimo że na serial ostatnio już głównie narzekam, nie chciałabym, żeby się już kończył. "True Blood" to wciąż produkcja, którą da się oglądać i nawet czerpać z tego przyjemność. Wiadomo, po części chodzi o postacie, z którymi się zżyliśmy, po części zaś o niepowtarzalny klimat, którego zdecydowanie będzie mi brakowało, kiedy serial się skończy. Scenariusz od dawna nie powala na kolana, ale da się z tym żyć.

Co ciekawe, ten sezon jest chyba pierwszym, którego HBO nie promowało tak jak wszystkie poprzednie - masą plakatów, zdjęć postaci i teaserów. Promocja była skromniejsza, co może być sygnałem początku końca. Oglądalność też już nie jest taka dobra jak kiedyś, teraz na fali jest "Gra o tron". Na dodatek pokład opuścił twórca "True Blood", Alan Ball. To wszystko mogą, choć nie muszą, być znaki, że pora poskładać z powrotem wszystko, co zostało pokomplikowane w ostatnich sezonach i zacząć myśleć o zakończeniu. Ciągnięcie serialu dłużej niż przez ten i może jeszcze jeden sezon byłoby już torturą.

Z drugiej strony... gdybym nie lubiła tortur, pewnie już dawno dałabym spokój z "True Blood". Cóż więc robić, za tydzień znów przygotuję sobie mocnego drinka i ruszę dalej w podróż, której cel może być tylko jeden: sprawienie, żeby w tym guilty pleasure było jeszcze choć trochę pleasure. I Wam radzę to samo. Może znów zostaniemy nagrodzeni nagim tyłkiem Erica albo śliczną Jessicą w samej bieliźnie.