Z nosem przy ekranie #18: Zgony i powtórzenia

"True Blood" (fot. HBO)

"True Blood" (fot. HBO)

Bywają takie dni w kalendarzu, kiedy niezależnie od pory roku, pogody, z bliżej nieokreślonego powodu robi się i pisze to samo, a czasem nawet i wykrzykuje. Po co, zapytacie? Nie wiem. Jak dla mnie nie ma to sensu. Spoilery.

Może to właśnie jedna z tych rzeczy, które zwyczajnie pozbawiono racjonalnego wytłumaczenia? Może jest to sposób na robienie sobie jaj ze zjawiska znanego jako fixed point in time i dlatego właśnie niektórym, pomimo najlepszych chęci, nie pomaga nawet Doktor. A może po prostu nie da się pisać czegoś nowego za każdym razem, gdy zbliża się kolejne cyklicznie obchodzone wydarzenie?

Jednak niezależnie od tego, która z powyższych odpowiedzi wydaje się poprawna, to w sumie świat byłby nieco piękniejszy, gdyby raz na jakiś czas serwujący hurtowe ilości znaczków wszelakich zwyczajnie się wysilili. Chociażby i dla zabawy, sportu czy zdrowia.

A tymczasem...

...w "Czystej krwi" przyszło nam pożegnać Norę (Lucy Griffiths). Najbardziej irytująca wampirzyca ostatnich sezonów "True Blood" padła ofiarą Hepatitis V, a widzom przyszło obserwować dłużące się sceny w chałupie Billa (Stephen Moyer), w których prym wiódł zapłakany Eric (Alexander Skarsgård) i którego reakcje były zresztą jedyną ciekawą częścią całej tej, z braku lepszego słowa, imprezy.

Bo nie chodzi tutaj o kamienne serca widzów, a o fakt, że wiele rzeczy musi się udać, aby odejście danej postaci z serialu miało szansę wstrząsnąć widzami. Ważny jest zarówno ten bohater, któremu przyjdzie opłakiwać stratę, jak i ten, który umiera. Istotny jest sposób i czas niechybnego opuszczenia ekranu oraz proporcje pomiędzy zaskoczeniem widza a realizacją fanowskich przypuszczeń i oczekiwań. W przypadku Nory już na długo przed "In the Evening" znaczna część widzów marzyła o zorganizowaniu jej "zniknięcia" w ten lub inny sposób, a i w samej "Czystej Krwi" uśmiercanie (nie)żywych istot jest tak powszechne, jak wizyty w galeriach handlowych w niedzielne popołudnia.

Na marginesie to, co nie wyszło w wampirzym świecie, idealnie zadziałało w ostatnich tygodniach w "The Killing". Do dziś nie wiem, co myśleć o śmierci Bullet (Bex Taylor-Klaus) oraz dramatycznej egzekucji Sewarda (Peter Sarsgaard).

Za to ostatnio...

...przypadły mi do gustu plenery w "Camp". Z chęcią spędziłbym tam trochę czasu na pływaniu w jeziorze, a może i na łażeniu po lasach. Mógłbym nawet rozstać się z klawiaturą, dla odmiany przez jakiś czas zacząć używać pióra oraz kartki papieru i to tylko po to, by wcielić w życie jakże popularne przekonanie dotyczące sposobu pracy ludzi piśmiennych i piszących.

Ja chcę tam pojechać! ("Camp"/fot. NBC)

Ja chcę tam pojechać! ("Camp"/fot. NBC)


Zaledwie kilkanaście sekund...

...wystarczyło, aby docenić wspólny czas, jaki na ekranie spędzili mój ulubieniec, czyli Edgar (Ryan Hurst), oraz Benny (Dichen Lachman). Z odcinka na odcinek ów duet coraz bardziej zbliża się do siebie i to w uroczy, przyjacielski i nienachalny sposób. Niezwykłe ciepłe i pełne uroku sceny z tym dwojgiem w roli głównej jak np. ta z malowaniem paznokci w "Job Security", są obecnie jedyną dobrą wymówką, jaka przychodzi mi do głowy w odpowiedzi na pytanie: "Właściwie, po co oglądasz "King & Maxwell"?".

I byłbym spokojny o ich dalsze losy, gdyby nie fakt, że patrząc na to, jak kiepsko prowadzone są pozostałe wątki w serialu, prędzej czy później któryś ze scenarzystów postanowi pozbyć się Benny, a Edgara zmusi do zrobienia sobie tatuażu. Z drugiej strony...

Para z lewej jest nieistotna ("King & amp;Maxwell"/TNT)

Para z lewej jest nieistotna ("King & Maxwell"/TNT)


...wiele uroku straciło...

…silenie się na kasandryczne przepowiednie. Już w samym sezonie letnim przegrywam z rzeczywistością 0:3, a co gorsze nie mam szans na poprawienie tego wyniku. Zarówno "Necessary Roughness", jak i "Rizzoli & Isles" czy "Covert Affairs" zaliczają dobre, bardzo dobre lub po prostu świetne sezony (niepotrzebne skreślić), a ja dla odmiany chyba muszę się zająć przewidywaniem rzeczy pozytywnych i ekscytujących.

Chociaż patrząc, jak wszystko ostatnio wychodzi mi na opak, to może lepiej nie. Swoją drogą, jeśli już mowa o "Kamuflażu" to...

...w telewizji zabrzmiała...

..."Niña rica" grupy Bomba Estereo. Fajne rzeczy dzieją się w tej Kolumbii i nie mam przez to na myśli demolującej co się da Piper Perabo.

Nieprzypadkowo najważniejszym elementem "Into the White" było pokazanie niedowiarkom jak niewiele potrzeba do świadczenia sprawnych usług pocztowych. Przecież, kto by pomyślał, że do skutecznego i szybkiego dostarczenia przesyłki, wystarczy zmotywowany nastolatek na rowerze jadący w odpowiednim kierunku. Tak, tak, drodzy rodzimi pocztowcy, listonosze i kurierzy, nieletni cykliści wykonują waszą pracę lepiej niż wy.

Do następnej soboty!