Z nosem przy ekranie #20: Szanse, wpadki, klęski...

"King & Maxwell" (fot. TNT)

"King & Maxwell" (fot. TNT)

…po prostu pech – taki najzwyklejszy. Bez nadmiaru nieszczęść i z ograniczoną dawką serialowych przyjemności. Z ludźmi nadużywającymi wiertarek oraz z zatrważającym brakiem pewnego napoju. Spoilery.

A zresztą, bez owijania w bawełnę, wyobraźcie sobie dzień bez kawy. Nie taki zaplanowany, a świąteczny poranek, w trakcie którego zwlekacie się z łóżka i po dłuższej chwili doczłapujecie się do kuchni. Następnie mętnym wzrokiem szukacie kafetiery, po czym spędzacie dobry kwadrans na nieudanych próbach jej rozkręcenia oraz wlania do niej wody (przyjmijmy, że okulary zostały w pokoju). Tak, tak, dobrze się domyślacie, dopiero w tym momencie sięga się po pustą już puszkę po kawie.

Wszystko to w tygodniu, w którym ludzi ścigał pech, a wszelkie próby ucieczki do krainy tymczasowego, pozornego, wakacyjnego relaksu wiązały się z potężnymi wyrzutami sumienia. Gdy łatwe czynności sprawiały kłopot, a trudne zwyczajnie dobijały. Wreszcie, gdy miłośnicy porannego wiercenia oddawali się swojemu nałogowi zaledwie kilka godzin po trwającym przez większość nocy ulicznym recitalu pijackich serenad.

Może się mylę, ale coś mi się wydaję, że kilka nadprogramowych kubków gorącej kawy mogłoby wiele zmienić w ostatnich dniach.

A tymczasem...

..."King & Maxwell" zakończyło swoją debiutancką przygodę ze stacją TNT i całe szczęście. Chyba nie przetrwałbym kolejnego epizodu poświęconego poszukiwaniom zleceniodawców udanego zamachu na Clyde'a Rittera ani nawet dodatkowej minuty rozmów między większością postaci.

Choć po upływie 40 minut główna tajemnica sezonu stała się nieco mniej tajemnicza i znaleziono miejsce na jeden przyzwoity zwrot akcji, to w samym odcinku, jak i zresztą w całym sezonie widać było prawie wszystkie problemy, jakie mogą prześladować tzw. przeciętne procedurale.

Zabrakło czasu na spokojne rozwijanie wątków trwających przez kilka epizodów, a i głównym bohaterom słówko "rozwój" było raczej obce. Intryga niezmiennie nudziła, a winowajca sezonu mógłby spokojnie wracać do dziury, w której siedział przez ostatnie lata. Jasne, że gdy minuty odliczane są według schematu, a akcja pędzi sobie od przerwy reklamowej do przerwy, to parszywie trudno jest wpleść w telewizyjną opowieść jakikolwiek sensowny wątek. Jednak innym się ta sztuka udaje i choć liczyłem, że losy Seana (Jon Tenney) i Michelle (Rebecca Romijn) wreszcie zaczną mnie obchodzić, to niestety ostatecznie było to ponad moje siły.

Tak na marginesie, cieszę się, że we wspominanych już kasandrycznych przepowiedniach przegrywam 0:4, a Benny (Dichen Lachman) i Edgar (Ryan Hurst) mają się całkiem nieźle. Dobrze, że nawet w najgorszych produkcjach jest jeszcze miejsce dla rozmaitych "Edgarów" tego świata.

Za to ostatnio...

...pewien telewizyjny "Camp" zmierzył się z uciążliwą plagą rodziców. Zastępy ojców i matek nawiedziły obóz w prawdopodobnie najgorszym momencie i od pierwszych minut można było się spodziewać wielu dramatów o tragicznych wręcz konsekwencjach.

Przecież wiadomo, że telewizyjny rodzic zawsze wejdzie tam gdzie nie trzeba w możliwie najgorszym momencie albo zabroni oczywiście najciekawszych aktywności; że będzie martwił się i narzekał, narzekał i się martwił, a w skrajnych przypadkach dołączy do komarów, braku prądu i zbyt małej ilości alkoholu w panteonie największych wrogów obozowego szczęścia.

Biedni bywają ci "nastolatkowie" z NBC.

Rodzice w okolicy. Kryć się! ("Camp"/ NBC)

Rodzice w okolicy. Kryć się! ("Camp"/ NBC)


Zaledwie kilka sekund...

…wystarczyło, aby docenić, że w "Perception" wreszcie pojawił się Sigmunt Freud. Oczywiście nie wstał z grobu, a odwiedził głowę Daniela Pierce'a (Eric McCormack) i to, co jakże przewidywalne, akurat w czasie nieco dłuższej wizyty tegoż w szpitalu psychiatrycznym.

Nie chciałbym jednak narzekać na udawanego Freuda, bo to całkiem zacny Sigmunt był. Szczególnie że wcielił się w niego Judd Hirsch, którego bardzo miło wspominam chociażby z roli Alana Eppesa w "Numb3rs", gdzie jego obecność zawsze była przyjemnym dodatkiem do akcji danego odcinka.

Zresztą "Asylum" zaskoczyło liczbą ciekawych gościnnych występów. W epizodzie pojawili się także Brian Dietzen, Peter Jacobson i Dan Lauria

Żmudnie nadrabiałem...

...wciąż te same produkcje. Spotkanie z "Torchwood: Children of Earth" było raczej deprymujące, bo choć jest to kawałek porządnej telewizji, to nie była to seria najłatwiejsza w odbiorze. Dużo trudnych tematów, zasmucający zgon Ianto (Gareth David-Lloyd) i dzień piąty, który pozostawił po sobie wiele sprzecznych emocji.

Nie było także zbyt dobrym pomysłem zmierzenie się chwilę po tym z "The End of Time". Dwie przygnębiające opowieści bez żadnej przerwy to zdecydowanie zbyt ciężka przeprawa. Owszem, Dziesiątego Doktora (David Tennant) pożegnano godnie, a obecność Wilfreda Motta (Bernard Cribbins) jak zawsze cieszyła, to i tak żałuję, że nie odczekałem co najmniej kilku tygodni. Bardzo.

W końcu do 23 listopada pozostało trochę czasu...

W telewizji zabrzmiało...

..."Black". Utwór Kari Kimmel pojawił się w ostatnim odcinku "Necessary Roughness". Nie wspominam o tej piosence ze względu na istotność sceny, w której się pojawiła, czy rzekomy urok wujka Jess... znaczy Johna Stamosa. Po prostu dopiero ostatnio zauważyłem, że kawałki napisane lub zaśpiewane przez Kimmel można znaleźć w prawie każdym serialu (trochę mi to zajęło). Serio, lista jest bardzo długa i wypadało wreszcie wspomnieć o którymś z utworów rodem z jednoosobowej fabryki telewizyjnych piosenek.

Do zobaczenia!