10 najlepszych seriali roku wg Nikodema Pankowiaka

"Top of the Lake" (Fot. Sundance Channel)

"Top of the Lake" (Fot. Sundance Channel)

Macie swoich faworytów do tytułu najlepszego serialu roku? Istnieje duża szansa, że w ogóle nie ma ich na tej liście. Rok się kończy, nadchodzi czas podsumowań, więc ja dopiero zabieram się za nadrabianie wszelkich zaległości.

Bez zbędnego przedłużania, ponieważ wystarczająco rozpisałem się poniżej: w porównaniu do mojego zestawienia z poprzedniego roku został tu tylko jeden serial. Ale za to jaki! Z góry przepraszam wszystkich fanów "Breaking Bad", "Mad Men", "Orange Is the New Black" i jeszcze kilku innych produkcji. Tak to już u mnie bywa, że gdy rok dobiega końca, ja dopiero zabieram się za nadrabianie zaległości. Mimo to poniższa dziesiątka to tylko i wyłącznie świetne seriale, warte obejrzenia, jeśli jeszcze ich nie widzieliście.

10. "Borgen". Duński serial, o którym jeszcze niedawno nie słyszał prawie nikt. Dzięki emisji na Ale Kino grono jego fanów urosło do kilku(nastu?) osób, a szkoda, bo "Borgen" to świetna produkcja, która w niczym nie ustępuje najbardziej znanym serialom politycznym, jak "The West Wing". Oczywiście cała produkcja jest mniej sexy w porównaniu do tych zza oceanu, w końcu kogo może obchodzić polityka małego państewka, które Niemcy podczas II wojny światowej zdobyli w kilka godzin? W trzecim, ponoć finałowym sezonie Birgitte Nyborg znajduje się w zupełnie innej sytuacji. Była już pani premier podróżuje po całym świecie, zgarniając niemałe pieniądze ze dawane wykłady. Jednak gdy w rękach miało się władzę, trudno tak po prostu o niej zapomnieć. Birgitte wraca na polityczną scenę w nowej roli – płotki, która chciałaby zostać rekinem. Dla wszystkich polityków zakładających nowe partie – pozycja obowiązkowa na poprawę samopoczucia.

9. "Parenthood". Chyba najbardziej niedoceniany dramat z amerykańskiej telewizji ogólnodostępnej, choć NBC emituje właśnie jego 5. sezon. Ta zwyczajna opowieść o zwyczajnych ludziach, takich jak my, przepełniona jest humorem, chwilami wzruszenia i typowymi wyciskaczami łez. Twórcom serialu póki co doskonale udaje się omijać tandetne rozwiązania. W ogromnej rodzinie Bravermanów każdy znajdzie postać, z którą będzie sympatyzował i taką, której nie znosi. Jak w każdej rodzinie. Ten serial to propozycja dla każdego. Warto sprawdzić, bo w czasach, gdy telewizja ogólnodostępna zalicza kolejne porażki, jest to prawdziwa perełka.

8. "Gra o tron". Tak nisko czy tak wysoko? Zdania na temat 3. sezonu są podzielone, mnie dużo bliżej do wczorajszych zachwytów Pawła i Michała, niż malkontenctwa innych osób z redakcji. Tegoroczne 10 odcinków to najlepsze, co zdarzyło się temu serialowi do tej pory. Widzowie jeszcze długo będą pamiętać Krwawe Gody, niezależnie od tego, czy wcześniej przeczytali "Nawałnicę mieczy", czy też nie. Ale bardzo wysoki poziom produkcji to nie tylko zasługa wyrżnięcia jednych z ważniejszych bohaterów. Scen zapadających w pamięć było dużo więcej, duża w tym zasługa Martina – jego książkowy pierwowzór daje twórcom serialu spore pole do popisu. Po kiepskim 2. sezonie, na ten z numerem 3 nie czekałem ze szczególnym utęsknieniem. Teraz wręcz nie mogę doczekać się 4. serii.

7. "Banshee". Jak ja kocham ten klimat rodem z filmów Quentina T.! To dzięki niemu jestem w stanie przymknąć oko na kilka wad, które ten serial niewątpliwie posiada. Mocna rzecz dla widzów uwielbiających sceny walki i klimat amerykańskich peryferii. Alan Ball i spółka fundują widzom festiwal przemocy i seksu oraz wiele tak niesamowitych scen, jak autobus w pierwszym odcinku. "Banshee" świetnie ukazuje brutalny świat, w którym rządzą pieniądze i zaciśnięte pięści. Plus także za pokazania jednej z najbardziej intrygujących społeczności – amiszów. A zwłaszcza pewnej urodziwej amiszki.

6. "Downton Abbey". Najlepszy sezon ze wszystkich dotychczasowych. Julian Fellowes oszczędził nam wielkich rodzinnych dramatów, stawiając na te przeżywane w ciszy i samotności. Śmierć Matthew nie wpłynęła na serial pozytywnie – ale przed Mary otworzyły się nowe drzwi, za którymi stoją nowi adoratorzy. Zmienia się Downton, zmieniają się panujące w nim obyczaje, a ja to wszystko oglądałem z radością połączoną z fascynacją. Oby w przyszłym roku było podobnie.

5. "Veep". Selina zyskała na znaczeniu, a przynajmniej tak jej się wydawało. Prezydent, który nigdy nie dzwoni, docenił jej wysiłki i rosnącą popularność, zwiększając jej rolę w polityce zagranicznej USA. Jej wyjazd do Finlandii to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w tym roku w komediowym świecie. Produkcja HBO nadal jest pełna ostrych dialogów i komicznych sytuacji, które są zasługą Seliny i jej teamu.

4. "House of Cards". Polityka w wydaniu dużo poważniejszym, wręcz mrocznym. Kevin Spacey wspina się Himalaje aktorstwa, a pomaga mu w tym David Fincher i cała rzesza innych niesamowitych twórców. O "House of Cards" powiedziano już właściwie wszystko: że to coś więcej niż telewizja, że to przełom, że najlepszy serial roku… Ciężko tutaj cokolwiek dodać, po prostu trzeba to zobaczyć.

3. "Broadchurch". To jeden z tych seriali, który wziął się znikąd. W tym roku to on był wyznacznikiem tego, jak powinien wyglądać prawdziwy kryminał. Na uwagę zasługuje szczególnie świetne aktorstwo Davida Tennanta i Olivii Colman. Z pozoru prosta historia morderstwa dziecka pokazuje, jak takie wydarzenie wpływa na społeczność małego nadmorskiego miasteczka. Z pewnymi obawami patrzę na zapowiedziany kolejny sezon oraz amerykański remake, ale kto wie, może coś z tego będzie?

2. "Sons of Anarchy". Przedostatni sezon "Sons of Anarchy" to prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Gdy już razem z bohaterami cieszymy się, że wychodzą na prostą, nagle wszystko się sypie i klub ląduje w jeszcze głębszym dole. Sutter stworzył sezon wręcz perfekcyjny, można odczuć, że wszystko, co widzimy na ekranie, to efekt jego konsekwentnych działań, żadna decyzja co do kształtu scenariusza nie była podejmowana pochopnie. Dużo dzieje się u Jaxa, Gemmy i całej reszty dobrze nam już znanych bohaterów. Można by nawet powiedzieć, że aż za dużo. Za rok finał serialu. Sutter podniósł sobie poprzeczkę tak wysoko, że chyba musiałaby ustanowić rekord świata, chcąc ją przeskoczyć.

1. "Top of the Lake". Bo Jane Campion. Bo Elisabeth Moss. Bo Holly Hunter. Bo Peter Mullan. Bo niezwykłe zdjęcia. Bo klimat Nowej Zelandii. Wymieniać mógłbym długo. "Top of the Lake" to dzieło perfekcyjne, gdzie każde ujęcie zostało dokładnie zaplanowane, gdzie każda sekunda to efekt długich rozmyślań. Historia zaginionej Tui to tylko pretekst, by wejść głębiej w psychikę bohaterów. Tych żyjących gdzieś na końcu świata, jak i tych na ów koniec powracających. Nad jeziorem nikt i nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Postacie są wielowarstwowe, skomplikowane i nawet po zakończeniu serialu mamy wrażenie, że nie udało nam się ich dobrze poznać. Pod koniec mamy wrażenie, że poznaliśmy tylko mały fragment całej historii, przez co zdaje się być ona jeszcze bardziej kameralna, wręcz intymna. "Top of the Lake" to serialowe arcydzieło.