Seryjnie oglądając #15: Seriale wracają

"The Blacklist" (Fot. NBC)

"The Blacklist" (Fot. NBC)

Nareszcie znów jest co oglądać, a co więcej, tymczasem wszystko trzyma dobry poziom. Oczywiście, jak zwykle nie nadążam ze wszystkimi serialami, ale czy kogoś to jeszcze dziwi?

Po zakończeniu igrzysk serialowe życie wraca do normy i znów można wejść w rytm oglądania, do jakiego z takim trudem się przyzwyczaiłem. Odrobina regularności jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a wchodzenie w stare koleiny to coś, co często wychodzi naturalnie. Gorzej, gdy trzeba wkładać olbrzymi wysiłek w to, by inni myśleli, że nie wymaga to nakładu sił. I tak życie pisze kolejne odcinki mojego własnego serialu, w którym jedyne zaskoczenie na jakie czekam nigdy się nie zdarzy, za to co i rusz zdarzają się niespodzianki mniej lub bardziej miłe. I o to chodzi.

Seriale, na szczęście, w tym tygodniu należały do raczej miłych niespodzianek. "The Blacklist" zaczyna naprawdę mnie wciągać i to wreszcie przestaje być "The James Spader Show", bo grana przez Megan Boone postać zaczyna wreszcie komplikować się w sposób, który pobudza ciekawość. Podobnie, jak wiele innych wątków. Oczywiście, James Spader wciąż kradnie show, ale gdy posłuchamy, jak mówi o Vermeerze, to naprawdę można mu to wybaczyć. Szczególnie, że nic, co dotyczy Reda nie jest przypadkowe.

Żałuję, w ogóle, że "The Blacklist" nie rozkręciło się tak wcześniej. Dodawanie odcieni szarości zawsze dobrze robi, o ile nie rozmywa obrazu, a w tym wypadku działa wręcz znakomicie. Drobne pociągnięcia pędzla sprawiają, że postacie nabierają życia i przestają być tak cholernie czarno-białe. Coś jest w myśli, że najbardziej przechlapane mają idealni ludzie. No bo kto lubi ideał, przypominający mu o własnych wadach?

To tłumaczy, czemu tak bardzo denerwuje mnie postać Alexis w "Castle". To jedyna taka postać w tym serialu i cały czas efekt był łagodzony urodą Molly Quinn, ale w końcu przestaje to wystarczać. Idealny potomek, zawsze gotowa przyznać się do błędu, ukorzyć się a poza tym zawsze skora do pomocy i tak naprawdę nigdy nie wściekająca się zbyt długo. Nie spotkałem jeszcze takich ludzi, ale może mam, po prostu, pecha.

Pecha mają też widzowie Universal Channel - z wielu możliwych do wzięcia seriali, władze stacji wybrały "Intelligence", w którym można, co najwyżej, oglądać agentkę Riley, ale na pewno nie akcję. Serial jest po prostu nudny i zapewne zostanie niedługo skasowany. Naprawdę, mogli wybrać coś innego. Ale nie chcę tylko narzekać - polski oddział FOX można pochwalić za coś, co przegapiłem - mianowicie fakt, że od 8 lutego regularnie emituje "Sleepy Hollow". Ale dosyć chwalenia i ganienia stacji tv, bo felieton ten jeszcze będzie musiał mieć podpis "zawiera lokowanie produktu"...

Miłych serialowych niespodzianek miałem naprawdę sporo - w znakomitej formie wróciło "Revolution" (ach, ta babska solidarność!), o czym być jeszcze napiszę w osobnej recenzji, a pierwszy kontakt z "Growing Up Fisher" okazał się być bardzo przyjemny. A na deser obejrzałem teaser "Vikingów" zrobiony przez Tomka Bagińskiego, który przypomniał mi, że kwiecień tuż, tuż.

Tymczasem wracam do oglądania "The Americans", które wraca w dobrej formie. Bez oglądania recenzja sama się nie napisze.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

Do następnego

REKLAMA