Nic śmiesznego #5: Anatomia upadku

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

"The Big Bang Theory" (Fot. CBS)

To już kolejny raz, gdy nazwa tej rubryki pasuje do niej aż za bardzo. Naprawdę, przez te wszystkie "komedie" stanę się bardziej rozgoryczony niż niejeden zakompleksiony krytyk filmowy. Uwaga na spoilery.

To były wspaniałe dwa tygodnie. Kilka dni bez dostępu do internetu były niczym odwyk. Tyle że powrót do świata żywych okazał się nadzwyczaj bolesny – stos maili i wiadomości na Facebooku, tony seriali do nadrobienia. A może by tak żyć, jak ludzie, których poznałem na końcu świata, i nie przejmować się tym wszystkim? Nieee.

Wczoraj Marta na swoim Twitterze narzekała na poziom tegorocznych komedii. Pod większością tych stwierdzeń mógłbym podpisać się wszystkimi kończynami. "Suburgatory" – szkoda gadać. "Modern Family" – szkoda gadać od dwóch sezonów, "The Big Bang Theory" – i tak dalej, i tak dalej… Twórcy komedii robią wszystko, by odciągnąć widzów od telewizorów. To tak, jakby ktoś krzyczał do mnie: "Nie oglądaj tego szajsu, idź lepiej pograć w piłkę". W większości przypadków ciężko dokładnie wskazać moment, kiedy serial zaczął się staczać. Można jednak wskazać tego przyczyny. Recepty nie wystawiam, nikt mi za to nie płaci.

"The Big Bang Theory"

"TBBT" było kiedyś fajną komedią, pełną inteligentnych żartów i świetnych gagów. W pewnym momencie zmieniło się jednak w opowieść o życiu uczuciowym grupki nerdów. Pal licho i to, gdyby tylko te uczucia było widać na ekranie. Nie będę kolejny raz rozpisywał się o tym, jak fatalną parą są Penny i Leonard, na ten temat zostało powiedziane już chyba wszystko. Problem polega też na tym, że ostatnio zupełnie wyhamowano rozwój postaci. Bo chyba nikt mi nie powie, że pocałunek Sheldona i Amy to jakiś znaczący krok do przodu, prawda? Twórcy pokazali go jakiś sezon za późno, przez co nie obszedł mnie on wcale. Równie dobrze mogłoby go nie być.

"The Big Bang Theory" to zdecydowanie najpopularniejszy serial komediowy w Stanach, co najlepiej pokazuje, z jaką mizerią my – widzowie mamy do czynienia. Ta produkcja osiadła na mieliźnie już jakiś czas temu i nic nie wskazuje na to, by w kolejnych sezonach miała się z niej wydostać.

"Suburgatory"

Tu sprawa jest dla mnie oczywista – za to, jak źle prezentuje się 3. sezon, odpowiada przede wszystkim ABC. To władze stacji podjęły decyzję o przesunięciu serialu na midseason (bo przecież "Super Fun Night" albo "Trophy Wife" to murowane hity, które na pewno wypadną lepiej w ramówce). Emily Kapnek, twórczyni serialu, skupiła się więc na pracy nad kolejną produkcją, nie widząc szczególnej przyszłości dla swojego dziecka.

I choć serial radzi sobie w ramówce zaskakująco dobrze, ja tę przyszłość widzę w czarnych barwach. Z powodu cięć budżetowych ze stałej obsady zniknęli Alan Tudyk (Noah) i Rex Lee (Mr. Wolfe), a niektórzy z aktorów pojawiają się na ekranie rzadziej (gdzie jest Dalia?!). Może się wydawać, że scenarzyści zostali wymienieni przed sezonem, a to nieprawda. Po prostu zgubili oni gdzieś po drodze ducha serialu

"Modern Family"

Wszystko zaczęło się psuć w 4. sezonie, choć niektórzy twierdzą, że już w trzecim było słabiej. Szczególnie źle wypadają te odcinki, w których historie bohaterów się ze sobą nie krzyżują. Gdy postawi się ich wszystkich obok siebie, funkcjonuje to jeszcze całkiem sprawnie, w innym wypadku jest naprawdę słabo. Cam ze swoją manierą coraz częściej mniej śmieszy, a coraz bardziej irytuje, akcent Glorii staje się nie do zniesienia i nawet Phil (Phil!) nie rozbawia swoimi pomysłami tak jak kiedyś.

Wygląda na to, że twórcom zwyczajnie zabrakło pomysłów. Co jakiś czas powtarzają się te same sytuacje, te same problemy (Phil próbujący przypodobać się Jayowi to klasyczny przykład), a bohaterowie powielają te same zachowanie. Głupiutka Hayley była bardzo zabawna na początku, ale na Boga, niech ona wreszcie trochę dorośnie! No i problem w tym, że scenarzystom chyba skończyły się żarty i widz oglądając ten serial coraz częściej zadaje sobie pytanie: "Dlaczego?". Miałem tak podczas sceny z oposem, gdy kilku bohaterów zaczyna krzyczeć w tym samym momencie. Płyta winylowa, która pojawia się zawsze po ostatniej scenie odcinka, powinna być bardziej zdarta – byłaby to doskonała metafora tego serialu.

"Parks and Recreation"

Uwielbiałem ten serial, naprawdę. Wszyscy go uwielbialiśmy. Ale od początku tego sezonu co jakiś czas powtarzam malkontenckie "To już nie to co kiedyś". Z serialu odeszli Ann i Chris, czyli dwie postacie, które obchodziły mnie najmniej, ale nie wpłynęło to ani trochę na przyjemność płynącą z oglądania. Nadal jest zwyczajnie przeciętnie. Na dwa rzucone żarty uda się jeden, czasem żaden. Na większość postaci drugoplanowych brakuje obecnie pomysłu, przez co ich rozwój zupełnie stanął w miejscu. Ktoś może mi powiedzieć, co się dzieje z takim Andym, odkąd wrócił z Londynu? April? Ron? No dobra, Ron niech pozostanie Ronem, nawet jeśli jego niechęć do wszystkiego i wszystkich nie bawi już tak, jak w poprzednich sezonach.

Michael Schur chyba skupił się na swoim nowym dziecku, czyli "Brooklyn Nine-Nine" i to niestety można odczuć coraz bardziej. "Parks and Recreation" dostanie kolejny sezon, a ja zastanawiam się po co. Tu już nie widać żadnego pomysłu ani punktu, do którego ten serial mógłby zmierzać.

OK, koniec z tym narzekaniem. Oczywiście mógłbym jeszcze długo rozwodzić się nad tym, jak złe jest "How I Met Your Mother", ale wszyscy o tym wiedzą i chyba nie ma to większego sensu. Zwłaszcza że po ostatnim odcinku coraz więcej osób zaczyna wierzyć, że… A zresztą, sami możecie to sprawdzić. Chociażby w ostatnim "Pazurkiem po ekranie". Bądźcie jednak gotowi na możliwy ogromny spoiler.

A Wy macie jakieś komedie, które nadal oglądacie, choć zupełnie Was już one nie śmieszą? A może w przeciwieństwie do mnie coś Was w tym tygodniu rozbawiło. Możecie dać mi o tym znać na Twitterze lub za pomocą hashtaga #serialowa. Nasza redakcja jest czujna, staramy się wychwytywać wszystkie Wasze wpisy i w miarę możliwości na nie odpowiadać. Oczywiście możemy także podyskutować w komentarzach lub na naszym profilu na Facebooku. To tyle, widzimy się za tydzień, tyle że w piątek.

Cześć i czołem.