Nic śmiesznego #11: We dwójkę raźniej

"Parks and Recreation" (Fot. NBC)

"Parks and Recreation" (Fot. NBC)

Nowy tydzień przyniósł ogromną niespodziankę, sporo powodów do śmiechu i dobrą pogodę. No i jak tu nie być zadowolonym? Uwaga na ogromny spoiler z "Parks and Recreation"!

No ale zacznijmy nieco mniej pozytywnie. Do ramówki Showtime powróciło "Nurse Jackie" i jest to powrót niezbyt udany. Nie zamierzam jednak znęcać się nad tym serialem dłużej, jeśli jesteście ciekawi, dlaczego premiera 6. sezonu była nieudana, zajrzyjcie tutaj.

Sfrustrowani

Co wyjdzie z połączenia pani wiceprezydent USA i kilku nerdów rozkręcających własny biznes w Dolinie Krzemowej? Najlepszy komediowy duet tej wiosny! W zeszłym tygodniu pisałem, że "Veep" i "Silicon Valley" mają szansę, by wspólnie dzierżyć ten tytuł, teraz nie mam już praktycznie żadnych wątpliwości. Tegoroczny debiutant naprawdę się rozkręcił, drugi odcinek jest nawet lepszy od pilota. Już teraz widać, że po raz kolejny HBO nie serwuje nam zwykłej komedii, mamy tutaj do czynienia z bardzo gorzką produkcją. Już na starcie bohaterowie serialu dowiadują się, że stworzenie czegoś genialnego wcale nie musi oznaczać łatwej drogi na szczyt, wręcz przeciwnie, cała podróż może wzbudzić wiele frustracji. Może trzeba było wziąć te 10 milionów dolarów, uciekać jak najdalej i niczym się nie martwić?

Z kolei Selina Mayer znów przekonała się, jak frustrujące jest bycie wiceprezydentem. Prezentuj swoją opinię – źle, zdradzisz w ten sposób prezydenta. Poprzyj opinię prezydenta – źle, facet ma idiotyczne poglądy. No i w ten sposób zaczyna się lawirowanie, jak powiedzieć coś, by nie powiedzieć nic. Gwiazdą odcinka znów był dla mnie Jonah, choć oczywiście każda postać, jak zwykle, miała swoje momenty. Scenarzyści postarali się o świetne dialogi, a najlepszy cytat dotyczy płci męskiej: "Gdyby faceci mieli rodzić dzieci, aborcję można byłoby załatwić nawet w bankomacie!". Panowie, chyba musimy przyznać Selinie rację, prawda?

Czwartkowy duet…

…właśnie przestał być duetem. Za tydzień na urlop udaje się "Parks and Recreation", a dziś "do zobaczenia" mogliśmy powiedzieć "Community". Było to świetne pożegnanie, pełne różnych smaczków i puszczania oka do widzów – tak, wiemy, że chcecie, aby powstał kolejny sezon, my również tego chcemy. Harmon co chwilę daje też do zrozumienia władzom NBC, że nic lepszego niż "Community" w czwartek o 20 ich nie spotka. I ma facet rację, jaka produkcja byłaby w stanie walczyć z "The Big Bang Theory" (a jesienią z futbolem amerykańskim) jak równy z równym? Panowie, nie ma co się zastanawiać, my wszyscy chcemy zobaczyć #sixseasonsandamovie, a nie kolejną bzdurną produkcję, która pojawi się latem, jesienią lub zimą, w zależności od tego, jaki serial nie da sobie rady w ramówce. Nie będę na razie się rozpisywać bardziej, to w końcu finał, więc zasługuje na osobną recenzję. Ta na Serialowej ukaże się już niedługo.

W "Parks and Recreation" Leslie i Ben udali się na USG i oto mamy niespodziankę, za kilka miesięcy zostaną oni rodzicami nie jednego, nie dwójki, a trójki dzieci. Każdy zdrowo myślący człowiek zacząłby choć trochę panikować już przy numerze dwa, tak zresztą robi Ben, za to Leslie po raz pierwszy wydaje się wyjątkowo spokojna i z uśmiechem patrzy na te męczarnie, które z pewnością czekają ją już niebawem. I niby wszystko fajnie, kolejny odcinek, kolejne zaskoczenie, ale znowu jakoś tak mało zabawnie. Więcej razy uśmiechnąłem się podczas oglądania finału 5. sezonu "Parenthood". Swoją drogą, czy to przypadkiem nie był pierwszy w historii odcinek "Parks and Recreation" bez udziału Toma?

W obronie koleżanek i kolegów (i własnej)

Obejrzałem wreszcie zeszłotygodniowy odcinek "The Big Bang Theory". Nie jestem aż tak surowy w jego ocenie, jak Marta i Bartek, ale bardzo dziwi mnie krytyka, jaka spadła na nich po nadaniu mu tytułu kitu tygodnia. Ba, gdyby nie fakt, że wziąłem się ze oglądanie zbyt późno, sam chętnie dorzuciłbym swoje trzy grosze. Bo to nie jest tak, że skoro "How I Met Your Mother" udało się na spoczynek, to musimy znaleźć sobie inny serial do bicia. Uwierzcie, chętnie byśmy rozpływali się w zachwytach, gdyby tylko dano nam ku temu powód.

"The Big Bang Theory" zmierza donikąd. Postacie się nie rozwijają, a gdy ktoś nie idzie do przodu, to się cofa. Dlatego Sheldon, który kiedyś potrafił bawić do łez, dziś wzbudza już głównie irytację. To dlatego wkurza nas związek Leonarda i Penny, w końcu nic się w nim nie dzieje. Jedyne światełko w tunelu to Raj, który jeszcze do niedawna również mógł denerwować, ale wreszcie pojawia się światełko w tunelu, że przestanie być tą nieporadną ciepłą kluchą. Serial nie może stać w miejscu przez siedem sezonów, trzeba iść do przodu i mieć dobre pomysły. Zamówienie trzech kolejnych sezonów nie jest pochodną jakiejś wielkiej wizji, tylko wyników oglądalności (które notabene są coraz gorsze, ale nadal znakomite). Nie wierzę, że Chuck Lorre i Bill Prady mają konkretny pomysł na to, co robić dalej. A jeśli spojrzycie na najznakomitsze komedie w historii, nawet na "HIMYM", zobaczycie, że ich twórcy mieli jakiś zamysł.

Wiem, że wielu z Was z pewnością się ze mną nie zgadza. O tym i wszystkim innym możecie dać mi o tym znać w komentarzach lub na twitterze, pisząc bezpośrednio do mnie lub używając hashtaga #serialowa. Nasza redakcja jest czujna, staramy się wychwytywać wszystkie Wasze wpisy i w miarę możliwości na nie odpowiadać. To tyle, widzimy się tu za tydzień.

Cześć i czołem.