Kit tygodnia: "Glee"

"Glee" (Fot. FOX)

"Glee" (Fot. FOX)

Dziś mamy tylko jeden kit: odcinek "Glee", w którym największym dramatem była adopcja psa.

KIT TYGODNIA: "Glee" (5x19 - "Old Dog New Tricks")

Powiadają, że nie kopie się leżącego. Jednak nawet moja cierpliwość ma swoje granice. Właściwie każdy odcinek po fatalnym setnym (no, może prócz "New Directions" i "Opening Night") powinien z automatu trafiać do tej rubryki. Tyle że były one tak nijakie, że nawet nie warto było im poświęcać paru zdań.

Niemniej czara goryczy się przelała. "Old Dog New Tricks" w swojej beznadziei może mierzyć się tylko z "pamiętnym" "Spanish Teacher". I pewnie by tę bitwę wygrało, bo z tamtego odcinka pamiętam chociaż Kurta i jego święcące oczka na widok Ricky'ego Martina. Z tego nie zapamiętam nic. A nie, przepraszam, była jedna scena komediowa - Rachel wyprowadzająca psy.

Oczywiście, zaraz powiecie, że mam to, czego chciałam: "Glee" kręci się wokół Nowego Jorku. Tylko czy mogłam przypuszczać, że Murphy nie ma absolutnie żadnego pomysłu na swoich bohaterów? Nawet na Berry, która po spełnieniu swojego największego marzenia snuje się bez celu. Może jeśli RIB, zamiast wygłupiać się i próbować nieudolnie wskrzeszać chór z nowymi dzieciakami, postawiłby na Nowy Jork od czwartego sezonu, to wszystko wyglądałoby inaczej. A tak? Mamy jakąś operę mydlaną. W dodatku nudną jak flaki z olejem, w takiej "Modzie na sukces" chociaż raz na jakiś czas ktoś zmartwychwstanie. W "Glee" największy dramatem jest adopcja psa przez Sama i Mercedes. Kuriozalna para i kuriozalne problemy. Gorzej już chyba być nie może.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przed nami jeszcze jedna pełna (sic!) seria męczarni. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak koszmarny to będzie sezon.