"Revenge" (3x22): Trzęsienie ziemi w Hamptons

"Revenge" (Fot. ABC)

"Revenge" (Fot. ABC)

Scenarzyści "Revenge" robili, co mogli, żeby ten finał mi się podobał. I widać było, że robili, co mogli, oj, było widać! Uwaga na DUŻE SPOILERY.

To miał być bombowy finał - i taki był. Już wcześniej zapowiadano, że ktoś zginie, teraz okazało się, że ofiar jest nawet więcej niż jedna. A ja się zastanawiam, czy jeszcze mnie to rusza. Nie, chyba nie. Kiedy człowiek nie ma nawet minuty na opłakanie zmarłego, bo akcja serialu już pędzi ku następnemu szalonemu zwrotowi, trudno jest coś poczuć. I nie tylko widzowi jest trudno, nasza ulubiona socjopatka Emily Thorne też wyraźnie miała z tym kłopot.

Jedno trzeba przyznać, "Execution" było jak wielkie trzęsienie ziemi. Do Hamptons przybył młodszy brat Margaux i od razu porządnie namieszał w życiu Daniela. Właściwie nie wiadomo, po co nam to i czemu miałoby nas to obchodzić - ale odnotowuję, że coś takiego miało miejsce. Ale nie tylko Gideon pojawił się w okolicy.

David Clarke, ot tak, w pięć minut został uniewinniony ze wszystkich paskudnych zarzutów - i zaraz potem zmartwychwstał. To logiczne, że zmartwychwstał, finał bez porządnego zmartwychwstania byłby niepełny. Pytanie tylko, czy ten szlachetny człowiek, za którego Emily/Amanda walczyła przez trzy sezony, powinien mordować fałszywych księży śpiewających piosenki Sinatry. Moja, być może trochę naiwna, odpowiedź brzmi: nie powinien. Może więc to zły brat bliźniak? A co, oglądało się telenowele latynoamerykańskie, oglądało się... Ale nie, to David, twórca serialu mówi, że to David we własnej osobie.

Skoro przy księdzu jesteśmy, Conrad chyba zginął i jest całkiem martwy. Tak przynajmniej wyglądał, kiedy ostatnio go widzieliśmy, ale całkowitej pewności moim zdaniem tu mieć nie możemy. Na 100% całkiem martwy jest Aiden, który, jak na Brytyjczyka przystało, napił się popołudniowej herbatki i tak przez tę herbatkę osłabł, że z łatwością go udusiła drobna kobieta. Victoria załapała też wreszcie, kim jest ta blondynka, która ciągle miesza się w jej sprawy. Ale blondynka była szybsza - i tak oto pani Grayson wylądowała w psychiatryku.

To chyba już wszystko, nie? A, chwila, chwila, jeszcze Jack! Prawie bym zapomniała: Charlotte doznała olśnienia, kto ją porwał, i w efekcie Jack wylądował za kratkami, a barem opiekuje się teraz chyba mały Carl. Bo nikt inny już tam nie został. Gdzieś tam jeszcze mignął wątek Nolana i aplikacji MyClone, ale szybko utonął w morzu tych wszystkich absurdów.

Bo inaczej tego nie da się nazwać. "Execution" to tak kuriozalne spiętrzenie zwrotów akcji, że trudno cokolwiek traktować poważnie. Niby wszystko fajnie, niby wreszcie wróciliśmy do esencji serialu, czyli zemsty Emily, ale co z tego, skoro to po prostu nie trzyma się kupy. I co gorsza, nie ma w tym żadnych emocji.

Czy ktokolwiek przejął się losem Aidena? Ja nie - i Emily też niespecjalnie. Niby minutkę popłakała, że jej życie się skończyło, ale chwilę potem wróciła do swoich spraw. I nic dziwnego, że wróciła, w tym związku zawsze było tyle chemii, co u Penny i Leonarda w ostatnich sezonach "The Big Bang Theory". Nikt Aidena żałować nie będzie, bo to po prostu był nieciekawy bohater.

Graysonom od trzech lat życzyłam upadku, powinnam więc się pewnie cieszyć, że Conrada kropnęli, a Victoria nagle została uznana za wariatkę. Ale znów - to się kupy nie trzyma i na dodatek jeszcze zawiera cholerne zmartwychwstanie człowieka, który powinien pozostać w grobie, żeby ten serial miał sens! To strasznie przykre, że "Revenge" potraktowało nas jak idiotów, rzucając takie ochłapy w ilości przerastającej ludzkie pojęcie.

Pamiętam, jak zachwycałam się pilotem serialu. Podobał mi się styl, podobały mi się literackie odniesienia, błyskotliwie napisane dialogi, podobały mi się emocje ukryte pod maskami pięknych kobiet. Dziś z tego nie zostało już nic. "Revenge" pod koniec trzeciego sezonu to festiwal bezguścia. To marna opera mydlana, w której scenarzyści nieudolnie próbują szokować widza, a aktorzy równie kiepsko próbują te wszystkie bzdury odegrać.

Szczerze żałuję tego hitu sprzed tygodnia i tego momentu wiary, że może jeszcze dokądś to zmierza. Nie zmierza. To fatalny serial, pełen tanich twistów, rodem z kiepskiej telenoweli. Emocje zostały spłycone do tego stopnia, że nie ma już komu kibicować, nie ma kogo lubić, nie ma kim się przejmować. Można tylko czekać na koniec.

Oby nastąpił on już w przyszłym sezonie - najlepiej skróconym, bo 22 odcinki będą mordęgą, na którą naprawdę nie zasłużyłam.