Pazurkiem po ekranie #36: Kobiety, wino i wyjce

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Kolejny wakacyjny tydzień upływa pod znakiem dużych ilości wina i jeszcze większych ilości "Orange Is the New Black". Ach, była też "Gra o tron", był "Louie" i coś tam jeszcze było. Uwaga na spoilery z wyżej wymienionych.

"Kiedy kończy się wino, czas sobie iść" - oznajmił swego czasu jeden z bohaterów "The Spoils of Babylon" i jakoś tak ze mną to zostało, mimo że serialu już prawie nie pamiętam. Jak już pewnie wiecie, wino odegrało istotną rolę w powstaniu Serialowej. Bez wina nie byłoby też pewnie "Rozmów serialowanych", a przynajmniej nie byłoby mojej skromnej osoby w tychże. Nie jestem pewna, czy to dobrze, czy źle, pewnie źle, ale kimże ja jestem, żeby ukrywać fakty.

Stęsknionych jedenastu słuchaczy informuję, że na pewno powrócimy, ale nie wcześniej niż za dwa tygodnie, ponieważ teraz dzieją się rzeczy większe i ważniejsze od nas. I nie mam tu na myśli światowego festiwalu piłki kopanej. Tymczasem wznieśmy toast winem truskawkowym za te wszystkie seriale, które w czerwcu zaczynają się i kończą. Bo choć lato już w pełni, to jest co oglądać, prawda?

Na przykład takie "Orange Is the New Black"

Spędziłam z tą przyjemną produkcją ostatnie dni i został mi już tylko finał. Zaskoczyło mnie wiele rzeczy, a przede wszystkim to, że nie było ani jednego słabszego odcinka. W pierwszym sezonie mimo wszystko takie się zdarzały, tak jak zdarzały się chwile przestoju i niespecjalnie interesujące wątki.

W drugim sezonie "OITNB" działa już jak świetnie naoliwiona maszyna. Piper poznaje mroczne zakamarki swojej duszy i głęboko skrywane tajemnice administracji Litchfield. Historie kolejnych bohaterek poruszają i sprawiają, że zakochuję się w nich coraz bardziej i bardziej. Vee wniosła tyle świeżości, tyle energii i tyle emocji, że uwielbiam ją bezgranicznie, jednocześnie strasznie jej nienawidząc. Kolejne wycieczki w głąb Red przynoszą coraz ciekawsze efekty. Strażnicy i pozostali pracownicy więzienia już nie wydają się ani trochę bezbarwni, a Pornstache jest po prostu królem.

92-minutowy finał zostawiam sobie "na później", ale wszystkim, co widziałam do tej pory, jestem zachwycona. Aż żal, że pochłonęłam całość w kilka dni, bo takim serialem powinniśmy ekscytować się kilkanaście tygodni, a nie kilka dni. Netfliksie, cóżeś uczynił!?

W "Grze o tron" walczyli o Czarny Zamek

I to był jeden z najbardziej monumentalnych i jednocześnie najlepiej napisanych odcinków w historii serialu. Nie zabrakło mamutów, olbrzymów, tysięcy statystów, porządnie nakręconych scen walki. Widać w tym wszystkim było wielką kasę, ale emocji też nie zabrakło. Dzielni mężczyźni recytowali przysięgę, Jon Snow uwijał się jak w ukropie, Ygritte strzelała w szalonym tempie. A potem nastąpiło nieuniknione i niektórym widzom w uszach zaryczał jeden z najdoskonalszych wyjców z lat 90.

Kit Harington i jego cenna fryzura przez moment mieli złamane serce, by szybko jednak się podnieść i podjąć najbardziej męską z decyzji. Z niezbyt bogatego repertuaru środków aktorskich Kita można się nabijać, ale czy któraś z pań patrząc na niego naprawdę zastanawia się, czy jest dobrym aktorem? Kogo to obchodzi! Jon Snow nie musi nic wiedzieć, nie musi też okazywać żadnych emocji, liczy się, że istnieje i wygląda jak prawdziwy mężczyzna po porządnej walce na śmierć i życie. Czego więcej chcieć?

Jeremy Renner przeniósł się w lata 80. i został dilerem

A poza tym pocałował rudego kota i nauczył młodego Louiego, że w życiu trzeba płacić za swoją głupotę. Od kilku tygodni nie wychwalałam "Louiego" pod niebiosa, bo to chyba pierwszy sezon, który nie do końca mnie przekonuje. Tak, mam na myśli Amię, kobietę z Węgier, której nie rozumiał ani główny bohater, ani my, i w której on się z jakiegoś powodu zakochał. A ja nie. Nie zrozumcie mnie źle, ta relacja miała w sobie mnóstwo uroku, ale moim zdaniem stanowiła temat na najwyżej dwa odcinki. Ich pożegnanie było więcej niż doskonałe, ale jednak wcześniej Louis C.K. nie przekonał mnie, że jego bohater zakochał się na śmierć i życie w kobiecie, z którą zamienił tak niewiele słów.

Za to obie części "In the Woods" to "Louie" w najwyższej formie. Takiego go nie znaliśmy. Nie wiedzieliśmy, że w wieku lat trzynastu na moment został badassem i sprzedawał szkolne wagi za narkotyki, pozostając przy tym uroczo nieporadnym chłopcem czy też po prostu tą samą życiową niedojdą, którą jest teraz.

Oprócz Jeremy'ego Rennera zachwycił mnie Devin Druid, który nie grał, a był młodym Louiem. Tak samo człapał jak ten "stary", strzelał takie same miny i wyglądał na tak samo niezainteresowanego podjęciem jakiejkolwiek aktywności. Nie wiem, jak ten dzieciak to zrobił, ale był prześwietny.

Oprócz dilera kluczową rolę w "In the Woods" odegrał pan Hoffman, nauczyciel nauk ścisłych. Louis C.K. nazwał tak bohatera na cześć Philipa Seymoura Hoffmana, który zgodnie z planem miał wcielić się w tę postać. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co straciliśmy.

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.