"Outlander" (1x01): Czytadło na ekranie

"Outlander" (Fot. Starz)

"Outlander" (Fot. Starz)

"Outlander" nie jest ani kobiecą wersją "Gry o tron", ani serialem, który za chwilę będzie walczył o prestiżowe nagrody. Ale jako rozrywka na lato sprawdzi się świetnie.

Książek Diany Gabaldon nie czytałam, przed premierą serialu z wyższością prychałam, że to nie moja bajka, a tu proszę - wystarczyła godzina, żebym poczuła się oczarowana. Choć nie, ciepłe uczucia pojawiły się już wcześniej, podczas Comic-Conu, kiedy zaprezentowano czołówkę z przecudną wersją szkockiej pieśni "The Skye Boat Song". Motyw muzyczny skomponował Bear McCreary ("Battlestar Galactica", "The Walking Dead"), śpiewa Raya Yarbrough, warstwa wizualna zbyt skomplikowana nie jest, ale nie o to chodzi. Ważne, że to świetnie działa, wprowadzając w klimat serialu.

Klimat, na który składa się miszmasz elementów, zdawałoby się, nieszczególnie do siebie pasujących. Mamy więc piękne okoliczności przyrody w postaci szkockich gór, mamy tajemnicze rytuały, mamy niezależną, żądną przygód kobietę z innej epoki, a wokół niej nieokrzesanych facetów, z których jeden jest zdecydowanie bardziej czysty od reszty, niesamowicie przystojny i na dodatek między nim a główną bohaterką pięknie iskrzy. Mamy romantyczne nutki, sentymentalne nutki i trochę kiczu też mamy. Mamy romans, historię i element fantastyczny w postaci podróży w czasie, do Szkocji z 1743 roku. I ogląda się to znakomicie, nawet jeśli to nie nasza bajka.

Ale od początku. Historia zaczyna się w 1945 roku, mniej więcej pół roku po zakończeniu II wojny światowej. Pielęgniarka Claire Randall (Caitriona Balfe) i jej mąż, Frank (Tobias Menzies), którego przez pięć lat praktycznie nie widywała, bo pracował w wywiadzie w Londynie, jadą na "drugi miesiąc miodowy" w jego rodzinne strony, do Szkocji. Pierwszy miesiąc miodowy przerwał wybuch wojny. Widać, że czują się ze sobą trochę niezręcznie, ale trzeba przyznać, że w łóżku wszystko działa tak jak powinno. Zupełny brak skrępowania, z jakim Claire oddaje się miłosnym uciechom w hoteliku, a potem w opuszczonym zamku, wiele mówi o tym, jaką jest kobietą. Niezależną, odważną i zdecydowanie bardziej wyzwoloną od większości kobiet w tamtych czasach. A co dopiero od tych z XVIII-wiecznej Szkocji...

W trakcie pilota dowiadujemy się całkiem sporo o Claire: że, owszem, piękna i elegancka z niej istota, ale typową damulką bynajmniej nie jest. Przeklina jak facet, wynajduje sobie niebanalne hobby, jest błyskotliwa, wygadana i ciekawa wszystkiego. Na dodatek jako dziecko zjeździła świat z wujkiem archeologiem. Jeśli ktoś nadaje się na bohaterkę przygodowej opowieści z podróżą w czasie to właśnie ona. Jeśli ktoś sobie poradzi w obozie wroga - pamiętajmy, że główna bohaterka to Angielka, która wylądowała wśród Szkotów w czasie ich rebelii - to właśnie ona.

O jej przyszłym szkockim wybranku, Jamiem Fraserze (Sam Heughan), po pilocie wiele powiedzieć się nie da - poza tym że jest młody, piękny i dba o higienę bardziej niż jego koledzy od wojaczki - ale już widać, że między tą parą chemii nie zabraknie. Z mężem Claire momentami wyglądała na znudzoną, choć niewątpliwie i tam było pożądanie, a może nawet miłość. Tylko bez wielkiej przygody w pakiecie.

Claire jest narratorką opowiadającą własną historię, co od pierwszej chwili wyróżnia "Outlander" pośród innych seriali. Widać, że to literatura przeniesiona na ekran, czytadło zaklęte w serial. Diana Gabaldon, której książki rozeszły się wielomilionowych nakładach, Nobla nigdy nie dostanie, ale niewątpliwie potrafi opowiadać historie. Używając prostych środków wciąga nas w świat z jednej strony czarujący, magiczny i zupełnie inny od naszego, a z drugiej - wypełniony wielkimi emocjami, takimi, jakie chcielibyśmy (czy może - chciałybyśmy) przeżyć.

Widać w tym wszystkim wielką wyobraźnię i widać, że jest to wyobraźnia typowo kobieca. Tak jak George R.R. Martin uparcie brutalizuje świat przedstawiony, tak Diana Gabaldon go romantyzuje, wypełnia po brzegi tym, czego babskie serca od niej żądają. Nawet nudny Frank, mąż Claire, podczas wojny musiał mieć fascynującą pracę - nie mógł być zwykłym żołnierzem, pracował w wywiadzie, i to jeszcze na wysokim szczeblu. Przyznaję, wzbudza to mój uśmiech, ale w gruncie rzeczy mi nie przeszkadza.

Z przyjemnością akceptuję tę odrobinę - OK, więcej niż odrobinę - kiczu, bo wreszcie mam idealny serial na lato, lekki, wdzięczny, dobrze napisany, porządnie zrealizowany, a przede wszystkim niesamowicie wciągający. Serial, który polega na tym, że ktoś mi opowiada w klasyczny, lekko staroświecki sposób prostą historię ze zgrabnym twistem po drodze.

Moją dużą sympatię wzbudza też osoba twórcy serialu, Rona Moore'a, który co prawda po "Battlestar Galactica" zaliczył kilka nie do końca udanych projektów, ale przecież wiedzieliśmy, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, prawda? Gdybyście doszukiwali się więcej nerdowskich korzeni "Outlandera", zerknijcie do Zap2It, który pisze, że książek o Claire Randall nie byłoby bez "Doktora Who", którego przygody oglądała w telewizji autorka.

Trochę czekaliśmy, zanim serialowe lato przyniosło nam coś ciekawego, ale wreszcie możemy powiedzieć, że jest co oglądać. Wczoraj zachwycałam się "The Knick", dziś mogę powiedzieć, że "Outlanderem" też jestem zachwycona, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, iż jest to dzieło trochę innego kalibru. Szefowie stacji Starz, która nie miała prawdziwego hitu od czasów "Spartakusa", już mogą otwierać butelki szampana. Jest świetnie.