Kultowe seriale: "Miasteczko Twin Peaks"

Nie sposób mówić o serialach kultowych bez umieszczenia na pierwszym miejscu ich listy najbardziej kultowego z kultowych, najkultowszego, przehiperkultowego "Miasteczka Twin Peaks".

Mały drozd, tartak, pachnące daglezjowe lasy, wodospad i tablica powitalna z liczebnością miasteczka. Tak wygląda czołówka "Twin Peaks". W tle charakterystyczna muzyka Angelo Badalamentiego. Hipnotyczna, niby kojąca, ale jednak przyprawiająca o niespokojne mrowienia. Pierwszy raz tę czołówkę stacja ABC wyemitowała 8 kwietnia 1990 roku. Twórcami Twin Peaks byli David Lynch i Mark Frost, ojcowie serialu. "Twin Peaks" określany jest jako "lynchowski", choć sam Lynch wyreżyserował jedynie 6 z 30 nakręconych odcinków. Produkcja składa się z pilota i dwóch, nierównych w odcinki, sezonów. Zarówno pilot jak i epizody wieńczące kolejne sezony skonstruowane są w sposób otwarty, tak by pozostawić niedosyt, a jednocześnie wykończyć opowieść klamrą.

Miasteczko poznajemy równolegle z przybyłym agentem FBI - Dale'em Cooperem (granym przez Kyle'a MacLachlana). Cooper przyjeżdża do miejsca, którego senna atmosfera została przerwana brutalnym morderstwem. "Ona jest martwa. Martwa i owinięta w plastik" - mówi zduszonym głosem jeden z mieszkańców, Pete Martell (Jack Nance). To słowa, które w zimny, szary dzień odmieniły miasteczko. Szeryf Truman (Michael Ontkean) tworzy dochodzeniowy duet z agentem Cooperem. Agent FBI początkowo wkracza do Twin Peaks jako obcy element, ale szybko staje się częścią tego miasteczka, wrasta w nie mocno i głęboko. Wszystko po to, by rozwikłać zagadkę mrocznej śmierci słodkiej Laury Palmer (Sheryl Lee).

Na tle wątku kryminalnego powoli poznajemy inne postaci, a każda z nich jest nietuzinkowa. Córka lokalnego potentata, Audrey Horne (Sherilyn Fenn) to nastolatka z problemami emocjonalnymi, Dama z Pieńkiem (Catherine Coulson) porozumiewa się z noszonym wszędzie kawałkiem drewna, żuje żywicę i wie o lokalnych lasach więcej niż ktokolwiek. Nadine Hurley (Wendy Robe) to niespełna rozumu, jednooka atletka. Pojawia się tu nawet David Duchovny, który gra Denise, skuteczną agentkę (tak, kobietę) FBI.

Wypełniony cudownie przerysowanymi charakterami i kryminalnym motywem, pierwszy sezon skupił przed telewizorami rzesze widzów i zrewolucjonizował myślenie o serialach. Tajemniczy wątek morderstwa został stosunkowo szybko wyjaśniony i w połowie kolejnego sezonu siła ciężkości przesunęła się i rozpierzchła w różnych kierunkach. Po tym zabiegu oglądalność spadła tak drastycznie, że ABC zaprzestało wyświetlania tak świetnie zapowiadającej się produkcji.

audrey4567

W Polsce TVP2 rozpoczęła nadawanie "Miasteczka Twin Peaks" w 1991 roku i wówczas nie byłam w pełni świadomą odbiorczynią tej pozycji. Rodzice oglądali serial bez większej namiętności, ale ja gryzłam knykcie z podekscytowania. Kiedy w końcu dostrzegli, jak silne emocje towarzyszą mi przy oglądaniu, w porze emisji odsyłali mnie do pokoju. Tej najsroższej z możliwych kar towarzyszyły zarówno udręka, jak i ulga. Mimo to siedziałam na łóżku nasłuchując dialogów zza ściany, a w chwilach większej brawury chowałam się w przedpokoju, podglądając akcję, by w apogeum trwogi zasłaniać oczy. Bałam się jak wszyscy diabli i na nic się zdały ojcowskie próby stłumienia we mnie tego lęku. Postać Boba wywarła na mnie tak silne wrażenie, że przez długi czas byłam przekonana, że określenia "bobo", "boboki" i powiedzenie "my oba, my oba, nie bójmy się boba" etymologię zawdzięczają postaci tego demona.

Drugie podejście do serialu zaliczyłam, gdy dobre kilka lat później był emitowany przez stację RTL7. Sumiennie nagrywałam sobie wszystkie odcinki, ale kiedy doszłam do sceny, w której Bob ukazał się znerwicowanej matce Laury, uznałam, że nie potrafię tego udźwignąć i szybko zastąpiłam taśmę teledyskami Nirvany.

Takie było dla mnie "Miasteczko Twin Peaks", serial-horror, groza, makabra, groteska, doskonale podkręcona przerażającą ścieżką dźwiękową Badalamentiego. Samo słuchanie tej muzyki wzbudzało we mnie przemożne dreszcze wywołane mglistymi wspomnieniami co bardziej wyrazistych scen.

drozd3456

W końcu, mężnie, na pierwszym roku studiów postanowiłam zmierzyć się z czarnym wspomnieniem z dzieciństwa. Wiedziałam, że odtwórca roli Boba, Frank Silva nie żyje, zdążyłam stać się fanką innych Lynchowych produkcji, polubiłam twórczość Beksińskiego, obejrzałam sporo japońskich horrorów i uznałam, ze jestem gotowa na powtórne spotkanie z demonami "Twin Peaks".

I wtedy okazało się, że ten serial-wspomnienie, wzbudzający nocne lęki, przypominający się o 3:30 w nocy, straszniejszy niż jakiekolwiek filmy o egzorcyzmach, nie jest w gruncie rzeczy horrorem, lecz opowieścią o ciepłym, sennym, malowniczym miasteczku i jego mieszkańcach. Sielankowa atmosfera to oczywiście tylko wierzchnia skorupa, wszyscy mieszkańcy skrywają ciemne bądź ciemniejsze tajemnice, jednak nie jest to tylko serial o morderstwach czy demonach, to opowieść o miejscu i ludziach z nim związanych.

Także i w tym zasadza się kultowość pozycji - nie sposób przypisać jej etykiety, skategoryzować, zaklasyfikować do któregoś gatunku. Lynch, postmodernizm, wiadomo. W pierwszej warstwie "Twin Peaks" należałoby rzeczywiście uznać za kryminał, to wokół morderstwa Laury Palmer zbudowana jest oś fabuły i na tym tle prezentowane są wszystkie postacie. Jednak nawet gdybym zdradziła czytającym, kto zabił Laurę Palmer (choć zakładam, że nieznających odpowiedzi jest garstka), to nie odebrałoby to nikomu pełnej przyjemności z oglądania serialu. "Twin Peaks" jest też horrorem, pojawiają się zagrażające realnemu światu postacie nadprzyrodzone, demoniczne, do szpiku wstrętne, będące ucieleśnieniem, zlepkiem schowanego po kątach zła. Są elementy science fiction, UFO, porwania i kosmiczne moce. Co ciekawe, "Twin Peaks" to także telenowela, aż roi się od wątków miłosnych, romansów, namiętności i intryg. A to wszystko przenikają zupełnie surrealistyczne, oniryczne wstawki z karłem, olbrzymem, glosami i przerażającymi sowami.

fire-walk

Poza byciem serialem o manicheistycznym ścieraniu się dobra i zła, uniwersalnej naturze człowieka i społeczeństwa, "Twin Peaks" to produkcja przeszywająco i na wskroś amerykańska. Jest szkoła średnia i piękna blond-królowa balu, jest wrażliwy harleyowiec, brutalny kierowca ciężarówki, są chłopcy z drużyny futbolowej, szlachetny szeryf i najprzystojniejszy w świecie agent FBI. Mamy knajpę z charakterystycznym kontuarem, szafą grającą i pączki na posterunku policji. Ten serial aż pachnie amerykańskością i końcówką lat 80.

Odbiór serialu już w momencie jego wyemitowania był niezwykły. Oglądalność pierwszego sezonu była szaleńcza, pojawiły się dyskusje, analizy i późniejsze nawiązania. To nie "Lost" był pierwszym serialem, który rozszerzył swoje oddziaływanie poza ekran. Córka Lyncha, Jennifer, napisała pamiętnik Laury Palmer, w którym spisane są wszystkie, te cudowne i najgorsze doświadczenia dojrzewającej dziewczyny. W sieci do tej pory możemy znaleźć nagrania, jakie Cooper pozostawiał dla swojej tajemniczej sekretarki-asystentki Diane. W 1992 Lynch nakręcił "Log Lady Intro", kilkuminutowe zapowiedzi dla każdego z odcinków pierwszego sezonu, narratorką jest, rzecz jasna, Dama z Pieńkiem. Powstał (mocno krytykowany) preqeul, "Ogniu krocz ze mną", a całości dopełnia niedawno wydane "Twin Peaks: Missing Pieces" zawierające sceny, które nie znalazły się tak w filmie jak i serialu. Dla nas, dzieciaków lat 90. "Twin Peaks" to był powiew Ameryki, tej z nieśmiałością podpasek Always, szerokim uśmiechem mentosów i ciemną stroną licealistów z Beverly Hills.

Mało kto z mojego pokolenia nie mrugnie porozumiewawczo, gdy powiem, że życzę sobie filiżankę cholernie dobrej czarnej kawy, wielu nosi tatuaże z symbolami czy cytatami (moja przyjaciółka wytatuowała sobie ostatnio smutne słowa Harolda Smitha), nawiązania do "Twin Peaks" znajdziemy w książkach, serialach, filmach i muzyce (choćby Bastille nagrało traktujący o wewnętrznym rozdarciu kawałek "Laura Palmer").

Czasem jadę pociągiem i w którymś momencie takiej typowo pociągowej rozmowy wychodzi na jaw, że oglądanie seriali jest moim natręctwem. U moich towarzyszy, często przy tym wyznaniu pojawia się znaczące uniesienie brwi, zapowiadające zbliżające się rozczarowanie moją osobą. Szybko wtedy przyjmuje postawę obronną i wysuwam tarczę: "ale wie Pani, nie 'Klan', 'Dynastię' czy 'Modę na sukces', tylko 'The Good Wife' albo 'Mad Menów'". Rozmówca kwituje to uprzejmym "aha", na tyle szorstkim, że widzę, że nie zna wymienionych przeze mnie tytułów. Szybciutko dopowiadam wtedy "wie Pani, to takie seriale w typie 'Twin Peaks'". "Aha", odpowiada rozmówca, i tym razem jest to "aha" porozumiewawcze, pełne akceptacji i rozluźnienia, że jednak oto jestem kimś więcej niż kurą domową, która wzdycha do Ridge'a Forrestera. Dzięki "Twin Peaks" pociągowa relacja jest uratowana.

Ostatnia bomba newsowa o tym, że Frost i Lynch stworzą dla Showtime trzeci sezon serialu, tylko potwierdziła, podkreśliła dwukrotnie i na czerwono, status kultowości "Twin Peaks". Facebook zaroił się od zdjęć profilowych Dale'a Coopera, Audrey Horne czy samej Laury. Niektórzy podchodzą sceptycznie, jak do odgrzewania starych kotletów. Przypominają, że oglądalność drugiego sezonu drastycznie spadła, że wszyscy aktorzy są starsi o 25 lat, że nakręcone w 1992 roku "Fire Walk with Me" było dużo słabsze.

Każdego fana pewnie przeszyła ta dźgająca nuta niepokoju. Bądźmy jednak spokojni. "Twin Peaks" to model tego, jak powinny być kręcone seriale, wciąż niepewne co do swoich losów. Wszystkie stworzone tam wątki można zarówno pociągnąć jak i uznać za zamknięte, a scenę końcową potraktować zarówno jak symboliczne zakończeniu lub przeciwnie, mocny cliffhanger. Bez obaw, nie musimy też przenosić się do lat 90., żeby poczuć klimat Twin Peaks, bo ten jest ponadczasowy. Lynch i Frost nie zrobią krzywdy swemu dziecku. A może nawet ten powrót był planowany, pamiętamy przecież słowa Laury "zobaczymy się znowu, za 25 lat". Populacja fanów miasteczka wkrótce się zwiększy i wiecie, "that gum we like is going to come back in style".

ZOBACZCIE TAKŻE WIDEO JAKBYNIEPACZEĆ O "TWIN PEAKS"

REKLAMA