"Last Man Standing": Udany powrót do lat 90-tych

"Last Man Standing" (Fot. ABC)

"Last Man Standing" (Fot. ABC)

Sitcomy w ostatnich latach bardzo oddaliły się od klasycznego wzorca. Dlatego "Last Man Standing" musi spodobać się fanom dawnego stylu.

To nie jest tak, że współczesne sitcomy nie są śmieszne (chociaż tegoroczne nie powodują bólu brzucha od chichotu). Jednakże ich ekstrawagancja poszła tak daleko, że przestała być ekstrawagancją. Amerykańscy producenci w kółko fundują nam historyjki o nerdach/wyzwolonych samotnych kobietach/wyluzowanych 30-latkach. Ewentualnie rzucają nam niezbyt śmieszny sitcom o nerdowskiej, samotnej i wyluzowanej 30-latce Jess/Zooey z "New Girl". No ile można?

Na szczęście ktoś w ABC wpadł na genialny pomysł zrobienia serialu o zwykłej amerykańskiej rodzinie. Tak powstał "Last Man Standing" – serial zabawny dzięki ciepłemu humorowi i bezpretensjonalności.

Wyemitowano już dwa odcinki nowego sitcomu. Mogliśmy w nich poznać Mike'a Baxtera (Tim Allen powtarzający poniekąd swoją rolę z "Pana złotej rączki"), głowę rodziny złożonej głównie ze stadka kobiet (jest jeszcze mały wnuczek, ale póki co nie stanowi wzmocnienia męskich sił w domu Baxterów). Panie są w różnym wieku i przez to mają różne problemy – lecz żadnej z nich nie brak temperamentu i ciętego języka.

O dziwo jednak, Mike jakoś sobie radzi, chociaż życie z żoną Vanessą (Nancy Travis) oraz córkami Kristin (Alexandra Krosney) i Mandy (Molly Ephraim) jest pełne niespodzianek.

Amerykańscy widzowie najwyraźniej natychmiast polubili Baxterów. Pierwsze odcinki miały średnią oglądalność 13 mln – co jest w tym roku rekordowym wynikiem ABC. "Last Man Standing" nie spodobał się za to egzaltowanym krytykom, którzy uznali żarty ze zniewieściałych facetów za nieodpowiednie, a nawet groźne. To, że serial jest po prostu śmieszny, nie ma dla nich znaczenia.