"Glee": O dziwo, to jest całkiem dobry sezon!

"Glee" (Fot. FOX)

"Glee" (Fot. FOX)

Ryan Murphy i spółka przypomnieli sobie, jak się robi dobry serial komediowy. Szkoda, że dopiero w finałowym sezonie.

To nie fair. Kiedy fani "Glee" (w tym autorka) oswoili się z myślą, że z serialu nic już nie będzie, pojawia się 6. sezon, który sprawia, że będziemy żałować, że to tylko 12 odcinków. Co prawda za nami dopiero połowa finałowego sezonu, ale już mogę stwierdzić – cholera, to jest dobre. Napiszę więcej – momentami przypomina 1. serię (sic!). Napiszę jeszcze więcej – Murphy, ty draniu będę tęsknić za tym przeklętym serialem.

Co zmieniło się od września 2013 roku, czyli od czasu kiedy na ekrany weszła 4. seria? Wszystko.

Scenarzyści znów nie boją się jeździć po bandzie, znowu obrywa każdy bez wyjątku. Nawet aktorzy. Zawsze ceniłam sobie odniesienia do prywatnego życia i te mrugnięcia okiem w stronę widza (kąśliwa uwaga odnośnie stylu Nayi Rivery – bomba!). Serial na powrót stał się komediowy, nie ma przestojów i dłużyzn. Muzycznie znowu jest ciekawie i zamiast Katy Perry mamy Carole King. Jeśli chodzi o samą fabułę to też nie mamy na co narzekać. No dobrze, może poza paroma wyjątkami.

Samchel – prawdopodobnie najgorsza para w historii amerykańskiej telewizji. Nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego ta dwójka powinna być razem. Ryan Murphy doskonale o tym wie. Mało tego, ma niesamowitą radochę z każdej ich wspólnej sceny. Nie sądzę, aby panna Berry wraz z Samem odeszła w stronę zachodzącego słońca. Zapewne wyjedzie szukać szczęścia na ukochanym Broadwayu. Jednak co scenarzyści się ubawią naszym kosztem to ich.

Klaine – tak, tak, tak. W końcu zamiast dramatów rodem z seriali CW mamy humor i masę dystansu. Sue jako klainerka to chyba najlepsza rzecz w tym serialu od czasu pijanej Rachel w "Blame It on the Alcohol". Ten pomysł jest tak surrealistyczny i tak bardzo w stylu starego "Glee"! Wracając do samej pary to przykro mi, ale nadal uważam, że Kurt i Blaine do siebie nie pasują i o niebo lepiej byłoby im gdyby pozostali na stopie koleżeńskiej. Jednak gdy "shippuje" cię sama Sue Sylvester, nie masz wyjścia.

Brittana - wygląda na to, że scenarzystów ruszyło sumienie i chcą wynagrodzić wszystkie te lata, kiedy to San i Britt były traktowane jak para trzeciej kategorii. Ten sezon to jedno wielkie święto dla wszystkich brittanowych shipperów. Chciałabym się do czegoś przyczepić, ale naprawdę nie mam do czego. Było przeurocza scena zaręczyn, było "Fondue for Two", był Lord Tubbington. Ba, nawet rodzice się odnaleźli (genialni Ken Jeong i Jennifer Coolidge!).

Oczywiście fabuła kręci się wokół wyżej wymienionych, zwłaszcza - tu niespodzianka, Rachel Berry. Nowe dzieciaki znowu robią za rekwizyty, co w tym przypadku jest niefajne, bo Rodrick, Jane i bliźniaki mają naprawdę potencjał. No ale to "Glee", nie powinnam oczekiwać, że tym razem potraktują swoje postaci poważnie. Zwłaszcza że dzieciaki ze starego chóru (no, może poza Mercedes) widzimy od wielkiego dzwonu. Brakuje mi reszty glee clubu. Zwłaszcza Quinn, nie mówiąc już o Faberry, ale chyba i tak powinnam być wdzięczna, że Q w ogóle się pojawiła. O jakiejkolwiek interakcji z Rachel mogę zapomnieć.

Na szczęście gdzieś między kolejnymi dramatami Rachel a smutnymi oczami Blaine'a są jeszcze inne wątki. Jest Will Schuster, który oczywista oczywistość pasował do Vocal Adrenaline jak pięść do nosa. Jest nawet Emma, która pojawiła się w "Transitioning". Fajnie było znowu ją widzieć. Jest też trenerka, w właściwie trener Beiste. Dobrze, że scenarzyści poruszają kolejny ważny temat. Całość była pokazana z klasą i cały wątek wyszedł bardzo naturalnie. Nawet Unique była znośna.

Czekam z wypiekami na twarzy na dzisiejsze "A Wedding". O ile pamięć mnie nie myli, to ostatnio tak wyczekiwałam odcinka "Glee" w roku 2012. To chyba mówi dużo o finałowej serii.