"Broadchurch" (2x08): No dobrze, to dokąd teraz?

"Broadchurch" (Fot. ITV)

"Broadchurch" (Fot. ITV)

Finał 2. sezonu "Broadchurch" nie był aż taką paradą najtańszych możliwych sztuczek, jak odcinek go poprzedzający, ale i tak trudno go nazwać satysfakcjonującym. Uwaga na bardzo duże spoilery.

Po cliffhangerze z poprzedniego odcinka byłam wręcz zdegustowana, jak większość chyba widzów, którzy po "Broadchurch" nie spodziewali się aż tak tanich chwytów. Zwłaszcza że po takim procesie werdykt mógł być tylko jeden: niewinny. I dokładnie to usłyszeliśmy z ust przewodniczącej jury. Nie dziwię się szokowi, które przeżyli mieszkańcy "Broadchurch", jednak dla nas, chłodno spoglądających na to wszystko zjadaczy popkultury, ten werdykt był zwyczajnie przewidywalny. Żadna inna opcja nie wchodziła w grę, nie po tym, co oglądaliśmy przez cały sezon.

Mimo wszystko jednak Chrisowi Chibnallowi ten akurat wątek obronić się udało. Bo o ile sam werdykt dało się przewidzieć, to, co wydarzyło się potem, to udany powrót do tej wspaniałej, emocjonalnej jazdy bez trzymanki, za którą "Broadchurch" uwielbiamy od początku. Zszokowani tą straszną niesprawiedliwością Latimerowie, syn Joego pytający, gdzie teraz pójdzie tata i czy ciągle ma klucze do domu. Pytanie "jak my to przeżyjemy" i odpowiedź "musimy sami wymierzyć sprawiedliwość". Te sceny miały dawną moc.

A i napięcia nie brakowało, w końcu chyba nie ja jedna zadawałam sobie pytanie, jak daleko posuną się mieszkańcy spokojnej angielskiej mieściny w tym samosądzie. Okazało się, że istnieją tu granice, do żadnych koszmarnych scen nie doszło, a rosnące z każdą chwilą przerażenie Joego dowodziło cały czas, jak bardzo pomylił się sąd. Momenty, w których Beth wyrzuca Joemu, co o nim myśli, Ellie grozi mu, że go zabije, jeśli zbliży się do syna, a potem większa grupka mieszkańców wsadza go do taksówki i wygania z Broadchurch, trafiły w punkt. To było stare dobre "Broadchurch", w najwyższej formie, mające w sobie i coś z mocnego dramatu psychologicznego, i z pełnego napięcia mrocznego kryminału.

Niestety, ten sezon to nie tylko proces Joego Millera, to także nieszczęsna sprawa z Sandbrook. Chyba nikt z nas nie zdołał rozszyfrować przed finałem, o co tam chodziło. I nic dziwnego. Takiego miksu krwi, seksu, wrzasków i szybko podjętych decyzji po prostu nie oczekiwaliśmy po serialu, który, jak sądziliśmy, stroni od bylejakości. Błąd. Sprawa z Sandbrook to temat na jedynkę "The Sun". Tabloidowe okropieństwo, w którym jest wszystko oprócz ładu i składu.

Wszystko, co można było tutaj zepsuć, zostało zepsute. Bohaterowie okazali się sztuczni, niewiarygodni psychologicznie i zwyczajnie irytujący, a ostateczne rozwiązanie wskazujące na udział w morderstwie tak Ashworthów, jak i nieszczęsnego Ricky'ego, który pojawił się na horyzoncie dopiero niedawno, dalekie od satysfakcjonującego. Zabrakło w tym wszystkim zwykłych, ludzkich emocji, przez co siła rażenia całego tego wątku okazała się bliska zera. Nie wiem, po co nam to było, wolałabym już chyba, żebyśmy nigdy nie dowiedzieli się, czemu kariera zawodowa Aleca Hardy'ego załamała się, a on sam wylądował w Broadchurch.

Informację o zamówieniu 3. sezon "Broadchurch" przyjęłam z doskonałą obojętnością. Może będzie dobrze, a może nie. Na pewno to zakończenie, które dostaliśmy teraz - z Hardym opuszczającym niebieski domek i wsiadającym do taksówki jadącej w nieznanym kierunku, a także spotkaniem dwóch rodzin pod klifem - spokojnie mogłoby działać jako finał całego serialu. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość, być może coś równie mocnego jak zabójstwo Danny'ego Latimera i jego następstwa dla społeczności Broadchurch, a być może kolejny koszmarek w stylu Sandbrook. Oby tylko nie przyniosła procesu Ashworthów.