"House of Cards" (3x13): Wojna domowa

"House of Cards" udała się jedna rzecz: w tym roku zmusiło jeszcze więcej osób do utknięcia na cały weekend przed ekranem niż w latach poprzednich. Niestety, cała reszta jest rozczarowaniem, i to ogromnym. UWAGA NA SPOILERY Z FINAŁU!

Jak niektórzy z Was być może jeszcze pamiętają, do 3. sezonu "House of Cards" podeszłam początkowo z ogromnym entuzjazmem. Na początku sezonu wydawało się, że tym razem naprawdę będzie się działo, bo przecież jest i Doug, i Rosja, i walka o utrzymanie się u władzy. Do 6. odcinka - najlepszego chyba w całym sezonie - wydawało się, że emocje rzeczywiście będą większe niż kiedykolwiek wcześniej. A potem to wszystko po prostu opadło.

Największe zastrzeżenie, jakie mam do twórców amerykańskiego "House of Cards" jest takie, że ewidentnie nie chcą jeszcze kończyć serialu. Jeszcze tydzień temu byłam absolutnie przekonana, że dostaniemy 13 odcinków wypełnionych samymi znaczącymi wydarzeniami, a potem serial się skończy po trzech sezonach, dokładnie tak jak to było w przypadku brytyjskiego pierwowzoru. Niekoniecznie identycznym finałem - ale czymś równie mocnym.

Tymczasem dostaliśmy średnio interesujące wątki, które bezsensownie rozciągnięto. Na początku sezonu wydawało się, że Frank Underwood będzie walczył o wszystko - nie tylko o kolejną kadencję, a przede wszystkim o zapisanie się złotymi zgłoskami w historii. Okazało się, że walczył cały sezon o coś średnio ekscytującego - o zwycięstwo w prawyborach w Iowa w starciu z kandydatką, która w prawdziwej polityce nie miałaby żadnych szans. A najciekawszym wątkiem okazał się konflikt z żoną, który wydaje mi się sztuczny - niby co ona może teraz osiągnąć lepszego sama, w wieku 50 lat i bez doświadczenia w polityce? - i pewnie i tak nie skończy się ostatecznym rozstaniem Underwoodów. Oni przez lata żyli praktycznie w symbiozie, nie ma możliwości, że każde pójdzie swoją ścieżką. Dramatyczny cliffhanger wydaje mi się wydumany. Rozwód nie jest tutaj opcją, co najwyżej czekają tych państwa przejściowe kłopoty.

Ale i tak perypetie małżeńskie oglądało się stosunkowo nieźle, Robin Wright była wiarygodna jako Claire ogarnięta wątpliwościami, jakich chyba jeszcze nigdy nie miała, a smaczku temu wszystkiemu dodał Tom Yates (Paul Sparks, którego jeszcze niedawno oglądaliśmy w "Zakazanym imperium"), uzależniony od ciekawych historii pisarz, zatrudniony przez Franka do stworzenia biografii, która rozłoży wszystkich na łopatki. To było ludzkie, wiarygodne i pełne prawdziwych emocji. "Jesteśmy mordercami, Francis" brzmi mi w uszach do teraz. To się udało. Problem w tym, że dobrze napisane i genialnie zagrane perypetie małżeńskie rodem z melodramatu to trochę za mało jak na cały sezon jednego z najgłośniejszych seriali politycznych w historii telewizji.

Bardzo wysoko oceniam jeszcze wątek stosunków z Rosją. Wiadomo, naszego wschodniego sąsiada potraktowano łopatą, stosunki tego kraju z Ameryką sprowadzono do absurdu, a z podobieństwem Petrova do Putina zdecydowanie przesadzono - ale jak Lars Mikkelsen to zagrał! Petrov i Underwood w Moskwie przypominali dwóch gladiatorów, tyle że tutaj orężem były słowa, kłamstwa i machlojki.

Dużo słabiej wypadły prawybory u Demokratów. Nie wiem, skąd "House of Cards" wytrzasnęło Heather Dunbar (Elizabeth Marvel), kandydatkę pozbawioną wszystkiego, czego potrzeba do sukcesu w polityce, począwszy od jakiegokolwiek doświadczenia, a skończywszy na charyzmie. Dobrze, że chociaż łaskawie dano jej pieniądze, inaczej już zupełnie nie byłoby wiadomo, jakim cudem udało jej się zajść tak daleko.

I debata, i większość pozostałych starć pomiędzy tą dwójką kandydatów miała w sobie tyle emocji co przeciętny odcinek telenoweli produkcji polskiej. Zresztą, sam Frank też - pomijając kilka dobrych przemówień - wypada w tym sezonie po prostu średnio. Nie tylko w mediach, on zawodzi praktycznie na wszystkich frontach.

Jego polityka zagraniczna, w tym zrobienie z Claire ambasador przy ONZ, okazała się totalną katastrofą, zaś AmWorks to kompletne kuriozum - plan, który łączy w sobie najgorsze pomysły socjalistyczne (dawanie ludziom pracy przez państwo zamiast tworzenia takich warunków gospodarczych, które pozwoliłyby na powstawanie nowych miejsc pracy) z utrakonserwatywnymi (pozbawianie narodu opieki medycznej i emerytur). To nie żaden kolejny New Deal, to koszmarek, który nie przeszedłby dziś w żadnym kraju zachodnim, nawet takim stojącym nad przepaścią. A już na pewno nie w Stanach Zjednoczonych, rządzonych przez Demokratę. Zaś zużycie na ten program pieniędzy FEMA to coś niezgodnego nie tylko z prawem, ale i wszelkimi zasadami moralności czy też przyzwoitości. Frank nie jest wielkim przywódcą, jest idiotą, który fatalnie rządzi i nie potrafi utrzymać w ryzach własnej partii, żony, szefa personelu ani kandydatki na wiceprezydenta. Taki obraz rysuje się po tym sezonie.

Czemu czepiam się realizmu, choć obiecywałam, że tego akurat czepiać się będę? Bo w przeciwieństwie do brytyjskiego "House of Cards", które wyraźnie, dobitnie i głośno mówi widzowi, że polityka to tylko teatr, a politycy to aktorzy, którzy kolejno wchodzą na scenę i z niej znikają, remake udaje, że jest osadzony w prawdziwej rzeczywistości politycznej. W tym sezonie Szekspira w tym wszystkim zostało już niewiele, a burzenie czwartej ściany, stosowane coraz rzadziej i rzadziej, nie odnosiło takich skutków, jak dwa lata temu. Wrażenie, że to tylko sztuka o zbrodniarzu z Waszyngtonu, całkiem znikło. Został polityczny dramat, jakich wiele. Pod każdym względem średni i przeraźliwie przewidywalny.

Zdecydowanie za dużo miejsca poświęcono Dougowi. O ile na początku jego psie przywiązanie do Franka i upór, z jakim postanowił wrócić do pracy, rzeczywiście miały moc, potem gdzieś to się rozmyło. To, co zrobił w finale, wywołało już u mnie tylko wzruszenie ramion - nie takie rzeczy widzieliśmy w "House of Cards", a droga do celu była zwyczajnie męcząca.

Ostatnie sceny finału, z kolejną wielką kłótnią Underwoodów, w której padło kilka słów prawdy - że machina, którą stworzyli, tak naprawdę cały czas służyła Frankowi, Claire wiele na tym nie zyskała - pewnie zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdyby to nie było zwieńczenie sezonu. Nie wierzę, że ona rzeczywiście go opuści, wierzę, że Netflix chce, abym za rok znów utknęła na cały weekend przed ekranem.

Bo po tym jak zawieszono akcję, chyba nikt nie ma wątpliwości, że powstanie kolejny sezon. Oficjalnego zamówienia nie ma, ale te cliffhangery - rozgrzebana kampania Franka i odejście Claire - przemawiają głośniej niż tysiące oficjalnych obwieszczeń. O ile większość planów Franka Underwooda to banał godny kilkuletniego dziecka, plan Kevina Spaceya i Netfliksa rzeczywiście jest bliski genialnego. Z "House of Cards" uda się wycisnąć jeszcze dużo kasy, mimo systematycznie spadającego poziomu. I nieważne, że w 4. sezonie najwyższą stawką pewnie znów będzie jakaś bzdura - niech zgadnę, ostateczne wygranie prawyborów? - i tak będziemy oglądać. Ten i wszystkie kolejne sezony.

REKLAMA