"The Last Man on Earth" (1x13): Kosmiczne twisty

"The Last Man on Earth" (Fot. FOX)

"The Last Man on Earth" (Fot. FOX)

"The Last Man on Earth" na początku mnie zachwycił, potem strasznie rozczarował, a dziś mogę powiedzieć, że tak, chcę to oglądać dalej. Serial FOX-a ma wiele słabszych momentów, ale wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć. Uwaga na duże spoilery z finału.

Na początku Phil Miller (Will Forte) był ostatnim człowiekiem na Ziemi - samotnym, żałosnym, wariującym na myśl o tym, że już nigdy nikogo nie spotka. Potem pojawiła się Carol. I Melissa. I Todd. Phil nie był już nawet ostatnim facetem na Ziemi, co najwyżej ostatnim palantem. W końcu stracił nawet swoje imię i nazwisko, bo oto pojawił się drugi Phil Miller (Boris Kodjoe) i okazał się być lepszym nabytkiem dla grupy osób mieszkających w Tucson.

Życie po apokalipsie z odcinka na odcinek stawało się dla naszych bohaterów coraz bardziej znośne, za to serial zrobił się praktycznie nieoglądalny. Głupiutkie, banalne gierki damsko-męskie, przeciętnej jakości humor i niesamowicie irytujący główny bohater - to się ostało z najlepiej zapowiadającej się komedii sezonu. Gdyby tak miało być w nieskończoność, pewnie odpuściłabym sobie 2. sezon "The Last Man on Earth". I to mimo że obsadę ma świetną - obok Willa Forte'a jest tu przecież i Kristen Schaal, i January Jones, i Mel Rodriguez, i Mary Steenburgen. To bez wątpienia dobrzy aktorzy, którzy potrafią wyciągnąć maksimum ze scenariusza. Problem w tym, że denerwującej komedii o związkach oglądać nie chcę, nawet z nimi.

Od serialu postapokaliptycznego - nawet jeśli jest komedią - oczekuję czegoś więcej. Jakiejś mrocznej nutki, pokazującej, że coś się zmieniło również dla tych, którzy przetrwali. Tymczasem bohaterowie serialu, kilka lat po tym, jak tajemnicza zaraza wykończyła miliony ludzi, odnajdują się i od razu zaczynają zachowywać się jak duże dzieci albo nastolatkowie z "Plotkary". Coś tu zgrzyta.

A może "zgrzytało", bo w finale "The Last Man on Earth" postawił na zwrot akcji, który zmienia wszystko. Phil 2 w końcu nie wytrzymuje i przy cichej aprobacie całej społeczności wywozi swojego imiennika na pustynię, zakazując mu powrotu do domu. I znów oglądamy tę twarz Phila/Tandy'ego, którą widzieliśmy na początku serialu. Znów da się drania lubić, da się mu współczuć i życzyć mu, aby jakoś się z tego wykaraskał.

Na tym drastycznym rozwiązaniu sytuacji z dwoma Philami twisty jednak się nie kończą. Mamy jeszcze Carol, która podjęła decyzję wyglądającą na właściwą, i astronautę o nazwisku Miller (Jason Sudeikis!) zagubionego gdzieś w kosmosie. Ten facet to brat Phila.

Przyznacie, to wszystko razem tworzy niezły punkt wyjściowy do 2. sezonu. Na tym etapie w zasadzie mnie nie obchodzi, czy bohaterowie z Tucson kiedykolwiek wrócą. Oczywiście, to znakomici aktorzy, ale nie wydaje mi się, aby z tych postaci dało się jeszcze cokolwiek wycisnąć. "The Last Man on Earth" odważnie zmierza ku nowemu, a Phil już nie jest sam - ma swoją byłą żonę u boku, przyjaciół z baru w bagażniku (swoją drogą, sceny, w których Will Forte przemawiał do piłek, nie znudziły mi się nigdy) i piękną, puściutką drogę przed sobą.

W tym momencie scenarzyści mogą zrobić cokolwiek. Po 13 odcinkach mogą zrestartować serial, naprawić błędy i pokazać nam się w przyszłym sezonie z lepszej strony. Z lepszej strony mógłby nam się też pokazać sam Phil, bo dość trudno ogląda się serial, którego główny bohater jest tak strasznym palantem. Ale po tym finale z pewnością to nie on jest najgorszym człowiekiem na Ziemi. Owszem, to mały człowieczek, który ciągle kręci, popełnia głupoty i kombinuje, jak ugrać możliwie najwięcej dla siebie - ale on nie był w stanie zostawić Todda na pustyni. Tymczasem drugi Phil jego zostawił bez problemu. Carol dokonała jedynego słusznego wyboru, a i my być może nie będziemy narzekać, że utknęliśmy z oryginalnym Philem.

Może i "The Last Man on Earth" w trakcie swojego pierwszego sezonu błądził, ale koniec końców był w stanie z powrotem przykuć moją uwagę. Jestem ciekawa, co czeka Phila i Carol, niekoniecznie zaś mnie interesuje to, co się będzie dalej działo z bohaterami pozostawionymi w Tucson, którzy po prostu spełnili swoją rolę. Liczę na to, że scenarzyści wymyślą coś zupełnie nowego - może trochę bardziej mrocznego? - i uczynią głównego bohatera choć trochę sympatyczniejszym. Jeszcze przydałoby się jakoś sprowadzić na Ziemię Jasona Sudeikisa...

Możliwości jest naprawdę dużo i chyba wszystko będzie lepsze od komedii o związkach damsko-męskich po apokalipsie.