Z nosem przy ekranie #4: W królestwie kalendarza

"Person of Interest" (fot.CBS)

"Person of Interest" (fot.CBS)

Serialowy kalendarz jest wyjątkowym wynalazkiem: powoduje, że zamartwiamy się akurat wtedy, gdy za oknem świeci słońce, a świat budzi się do życia.

Prędzej czy później każdy miłośnik seriali zaczyna nieco inaczej liczyć czas. Dni tygodnia nabierają nowego znaczenia ze względu na emitowane produkcje, a po obejrzeniu każdego odcinka żywi się nadzieję, że na kolejny przyjdzie czekać zaledwie 168 godzin, zamiast 336 czy 504.

Zresztą serialowy kalendarz funkcjonuje wbrew naturze. Wiosną serwuje się nam wybuchy i zgony. Kończą się poszczególne sezony, a seriale giną z powodu bezdusznych werdyktów telewizyjnych decydentów. Z kolei jesień wyznacza początek nowej przygody, na którą wszyscy wytrwale czekaliśmy przez całe lato.

Ten niezwykły dysonans jest szczególnie widoczny, gdy ludzie łażą sobie radośnie po słońcu, a nam przychodzi na zawsze pożegnać bohatera, w którego losy zainwestowaliśmy wiele emocji. Co roku mierzymy się z tak przykrymi pożegnaniami, choć może lepiej brzmiałoby: co sezon.

A tymczasem...

..."Person of Interest" zaskoczył mnie ostatnim odcinkiem, czyli "In Extremis". Gorzka opowieść o ostatniej dobie życia dr. Nelsona (Dennis Boutsikaris) i przeszłości Fusco (Kevin Chapman) zadziwiła atmosferą oraz brakiem nawet najmniejszych śladów humoru. Dość powiedzieć, że epizod rozpoczyna od m.in. Lionela pozbywającego się ciała Stillsa i pogrzebu Cala Beechera, a kończy zgonem wspomnianego już Nelsona i awarią Maszyny.

Wiele rzeczy się wydarzyło w ostatnich kilku dniach: cliffhangery, przemiany bohaterów, diaboliczne pomysły, sytuacje z pogranicza życia i śmierci, źle zrozumiane pytania. Wszystko to zanim May sweeps rozpoczęły się na dobre. Jednak tę intensywną dawkę dramatycznych wydarzeń w prawie każdym przypadku przeplatano kilkoma pogodnymi scenami. W "Person of Interest" twórcy poszli w innym kierunku i mam nadzieję, że opłaci im się ten zabieg.

Swoją drogą, kiedy poprzednio w serialu telewizyjnym cytowano Platona?

Za to ostatnio...

...w "Once Upon a Time" ponownie odwiedziliśmy "The Rabbit Hole". Pośród mniej i bardziej interesujących elementów wystroju nie dało się nie zauważyć cudownej szafy grającej (Rock-Ola 1454 z połowy lat 50.), choć może tylko dlatego, że to akurat Lacey (Emilie de Ravin) wybierała kolejny utwór. Na marginesie, całe szczęście, że mieszkańcy Storybrooke nie są skazani jedynie na smętne piwko u Babci, a widzowie mogli poznać nieco inny typ mieszkańców tej przeklętej (dosłownie) mieściny.

Lacey i Rock-Ola 1454 (fot. ABC)

Lacey i Rock-Ola 1454 (fot. ABC)


Zaledwie kilka minut...

...wystarczyło, bym przypomniał sobie, jak źle ogląda się obecnie "Bones". Z drugiej strony cieszę się, że wytrwałem do końca "The Pathos in the Pathogens", ponieważ inaczej nie zobaczyłbym świetnego występu Tamary Taylor. Pierwszy raz od dłuższego czasu aktorka grająca Cam musiała nie tylko włóczyć się po planie, ale również coś zagrać. Dzięki niej w odcinku zaroiło się od zadziwiająco autentycznych emocji, czasem maskowanych lub tłumionych, i chyba wszystkim wyszło to na zdrowie.

Wiele uroku straciło...

...doszukiwanie się sensu w pomysłach stacji NBC. Ostatnie kilkanaście dni to zamieszanie z "Hannibalem" i epizodem "Œuf" (o chaosie związanym z tym odcinkiem poczytać można m.in. w "Rzeczach, które warto wiedzieć dziś rano" z 20 kwietnia i 25 kwietnia) oraz przeniesienie bardzo dobrze spisującego się w piątki "Grimma" na wtorek. Zamiast pytać o przyczyny tych dziwacznych decyzji, najwyższy czas zastanowić się, czy wśród pracowników stacji nie jest przypadkiem przeprowadzany konkurs na najbardziej spektakularne podcięcie skrzydeł własnemu serialowi albo na najdziwniejsze ukatrupienie produkcji w danym sezonie.

W telewizji zabrzmiało...

..."Walking on Sunshine". Piosenka grupy Katrina and the Waves kolejny już raz towarzyszyła w "Supernatural" uroczej Charlie (Felicia Day). Nie był to jednak jedyny element ostatniego odcinka sugerujący widzom muzyczną podróż w lata 80. Epizod zatytułowano przecież "Pac-Man Fever".


Do następnego odcinka!