"Stuart nie ratuje wszechświata" sprawi wam tonę frajdy – recenzja spin-offu "Teorii wielkiego podrywu"
Marta Wawrzyn
22 lipca 2026, 18:00
Na HBO Max startuje "Stuart nie ratuje wszechświata", czyli spin-off "Teorii wielkiego podrywu", którego nie wiedzieliśmy, że potrzebujemy. Chuck Lorre i spółka zamieniają drugoplanowe postacie w źródło czystego funu.
Na HBO Max startuje "Stuart nie ratuje wszechświata", czyli spin-off "Teorii wielkiego podrywu", którego nie wiedzieliśmy, że potrzebujemy. Chuck Lorre i spółka zamieniają drugoplanowe postacie w źródło czystego funu.
"Teoria wielkiego podrywu" zakończyła się w maju 2019 roku, po 12 sezonach, w tym mniej więcej sześciu wymęczonych, ale uniwersum trwa i ma się całkiem nieźle. OK, może i "Młody Sheldon" został przedwcześnie skasowany, a "Georgie i Mandy wzięli ślub" mu nie dorównuje, ale koniec końców mówimy o franczyzie, której widzowie po blisko dwóch dekadach nie porzucili – wręcz przeciwnie. Jak na tym tle wypada "Stuart nie ratuje wszechświata", nowy spin-off, tym razem nie stacji CBS, tylko HBO Max? Zaskakująco dobrze, przyjemnie i świeżo, choć nie będzie to serial dla każdego.
Stuart nie ratuje wszechświata – o czym jest serial?
Sitcom, za którym stoją Chuck Lorre i Bill Prady, współtwórcy "Teorii wielkiego podrywu", oraz Zak Penn ("Incydent w Loch Ness", "Incredible Hulk", serial "Alphas"), ma tę zaletę, że zrywa z tym, co w oryginalnej serii wydaje się już przestarzałe, i tę wadę, że nie zawsze czyni to wystarczająco odważnie. To jednocześnie próba pójścia w nowym kierunku, jak i zatrzymania fanów przyzwyczajonych do pewnych schematów. Efekt nie zawsze jest taki, jak chcieliby ci z nas, którzy liczyli na coś więcej, zasadniczo jednak to udany projekt – mnóstwo bezpretensjonalnego funu w nerdowskim wydaniu.

Serial (całość liczy 10 odcinków, wszystkie widziałam przedpremierowo) od pierwszych sekund wrzuca nas w samo serce multiwersalnego ambarasu i zarazem Pasadeny w trakcie apokalipsy. Dowiadujemy się, że Stuart (Kevin Sussman) zepsuł urządzenie zbudowane przez Sheldona (Jim Parsons), Leonarda (Johnny Galecki) i Howarda (Simon Helberg) – którego nazwy część bohaterów nie potrafi zapamiętać i nawet nie będę próbowała udawać, że mam inaczej – i w efekcie musi ratować (wszech)świat, przebijając się przez nieskończone, pokręcone, totalnie obłędne multiwersum.
Oczywiście nie mierzy się z tym zadaniem w pojedynkę, tylko dostaje do pomocy równie kompetentną co on sam ekipę, składającą się z jego dziewczyny Denise (Lauren Lapkus), od zawsze niedocenianego ze względu na swój zawód geologa Berta (Brian Posehn) oraz fizyka kwantowego, wroga Sheldona i powszechnie znanego d*pka Barry'ego Kripkego (John Ross Bowie). Czwórka drugoplanowych postaci z "Teorii wielkiego podrywu", dobranych razem pewnie dlatego, że nikogo innego nie było pod ręką, zaskakująco dobrze ze sobą współgra, podróżując przez wymyślne światy i odkrywając kolejne warstwy emocjonalne tej historii. Historii, o którą nie prosiliśmy, a jednak fajnie jest ją mieć, również dlatego, że mocno brakuje teraz seriali środka.
Teoria wielkiego podrywu – Stuart i nowy spin-off serialu
A tym właśnie jest "Stuart nie ratuje wszechświata" – na dobre i na złe. Lorre, Prady i Penn połączyli swoje talenty, tworząc hybrydę, jakiej jeszcze nie było, czyli klasyczny sitcom z dodatkiem przygodówki science fiction. Kiedy zapytałam ich o popkulturowe inspiracje, wymienili wczesnego Woody'ego Allena, Monty Pythona, Mela Brooksa, "Facetów w czerni", ale też telewizję z lat 60. i "Doktora Who". Ten ostatni tytuł to również moje pierwsze skojarzenie, nie tylko ze względu na efekty specjalne jak z serialu BBC i odniesienie do jego czołówki, ale też dlatego, że ekipa Stuarta, tak samo jak Doktor i jego towarzysze, w każdym odcinku trafia do zupełnie innego świata.

Jest więc odcinek postapokaliptyczny, odcinek z rajską wyspą, odcinek w stylu "Lotu nad kukułczym gniazdem" (a może raczej "Legionu"?), odcinek, w którym wszyscy zachowują się jak krowy, odcinek dziejący się w środku komiksu itd., itp. Wyobraźnia twórców nie zna granic, a jednocześnie dbają oni, żeby komizmu sytuacyjnego było pod dostatkiem. W serialu znajdą coś dla siebie i fani klasycznych sitcomów, i ci, którzy liczą na nerdowskie easter eggi. Tymi drugimi "Stuart" jest dosłownie wypakowany, zaś jeśli chodzi o ten pierwszy aspekt… no cóż, Lorre i jego współpracownicy zawsze reprezentowali charakterystyczny typ humoru, który nie każdemu przypadnie do gustu i którego pewne elementy były i są dyskusyjne, nawet przy znaczącym stonowaniu.
To, co zawsze działało w serialach Lorre'a, i tu też nie zawodzi, to chemia w obsadzie i emocjonalna strona wydarzeń. O ile przed premierą można było mieć wątpliwości, czy czwórka osób, które nie miały wielu interakcji w "Teorii wielkiego podrywu", da radę stworzyć zgraną ekipę, po włączeniu serialu błyskawicznie o tym się zapomina. I w sumie nic dziwnego, w końcu wszyscy tutaj zjedli zęby na telewizyjnej komedii.
Skomplikowane relacje między bohaterami i ich przekomarzanki stanowią jedną z najmocniejszych stron "Stuarta", a dodatkowo Kevin Sussman i Lauren Lapkus mają wiele uroku jako para, którą, co ciekawe, spotykamy mniej więcej w tym momencie, kiedy zostawiliśmy ich w "Teorii wielkiego podrywu" (timeline zdarzeń i pytanie, kiedy właściwie to się dzieje, to niewątpliwie jedna z wielu rzeczy do rozgryzienia dla fanów).

Główna obsada tradycyjnie jest wspomagana występami gościnnymi, których mamy tu zatrzęsienie. Te, które zdradzono przed premierą – czyli m.in. Christine Baranski (w oryginalnej serii wcielająca się w Beverly Hofstadter), Teller (w "Teorii wielkiego podrywu" Larry Fowler), Riki Lindhome (Ramona Nowitzki), Wil Wheaton czy pokazany w zwiastunie serialu "Stuart nie ratuje wszechświata" Jon Cryer z "Dwóch i pół" – to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Przed wami wiele niespodzianek, i to od 1. odcinka.
A skoro przy odcinkach jesteśmy, mogę potwierdzić, że odcinki serialu "Stuart nie ratuje wszechświata" rzeczywiście są krótkie – aż połowa ma mniej niż 20 minut, rekordzista liczy kwadrans – a wyjaśnienie, którego udzielił Chuck Lorre, w zupełności wystarcza. Sitcomowa ekipa pracująca przez lata dla tradycyjnej telewizji zrobiła po prostu kolejny sitcom, bez przestojów, bez wypełniaczy, bez lania wody, bez myślenia, że skoro w streamingu standardem jest 30 minut, to oni też tak muszą. Ich podejście ma swoje zalety, nawet jeśli może dziwić widza przyzwyczajonego do "czegoś więcej".
Stuart nie ratuje wszechświata – czy warto oglądać?
Wszystko to składa się na przyjemny, lekki, potrafiący sprawić wiele frajdy serial, który może nie rewolucjonizuje komedii, ale z pewnością wprowadza wiele świeżości do nieco już zwietrzałej marki. Lorre i spółka raz jeszcze robią to, na czym znają się najlepiej. W "Stuart nie ratuje wszechświata" żart goni żart, nie brakuje wszelkiego rodzaju metapoziomów (skojarzenie z "Community" nie jest bezzasadne, choć sitcom HBO Max nie dorównuje swojemu znakomitemu poprzednikowi błyskotliwością), a twórcy raz po raz nabijają się z samych siebie i tradycyjnie nie czynią tego zbyt subtelnie ("Jesteśmy w sitcomie"/"Jesteśmy w bezsensownej pustce"/"To to samo").

Wyraźnie obecny w ich scenariuszach komediowy brak subtelności może odstraszać zarówno widzów nowych w tym uniwersum, jak i tych młodszych, którzy niekoniecznie taki styl akceptują. To jednak ryzyko wpisane w "Stuarta", podobnie jak fakt, że bohaterowie są w większości w średnim wieku i siłą rzeczy sporo ich różni od tego, jak zapamiętaliśmy ekipę "Teorii wielkiego podrywu". Ale z drugiej strony do części publiki może trafić właśnie fakt, że mamy tu postacie ok. pięćdziesiątki angażujące się w przygody jeszcze do niedawna zarezerwowane dla dwudziesto- i trzydziestolatków.
Pomimo aspektu science fiction całość najlepiej sprawdza się jako comfort watch, co nie każdemu pewnie wystarczy. Mnie nie tylko jak najbardziej wystarczyło, ale też obejrzę cały sezon po raz drugi tylko i wyłącznie z powodu easter eggów, których nie ma szans wyłapać w stu procentach za pierwszym razem. Oglądajcie i wy, bawcie się dobrze i sprawcie, żeby jeden z najbardziej fajtłapowatych bohaterów, jakich Ziemia nosiła, jeszcze wrócił. Oczywiście tylko po to, żeby nigdy nie uratować wszechświata.