Pazurkiem po ekranie #25: Nienawidzę ślubów

"How I Met Your Mother" (Fot. CBS)

"How I Met Your Mother" (Fot. CBS)

Nienawidzę ślubów, ale te serialowe czasem nie są takie złe. Ale nie w "How I Met Your Mother". Uwaga na spoilery - również z "Shameless", "Girls" i "The Good Wife". I z "Przyjaciół" też.

Podobno wszystkie dziewczynki marzą o dniu, kiedy staną przed ołtarzem w białej sukni i poślubią swojego księcia z bajki. Ja jestem z tych dziewczynek, które marzyły, by być chłopcami, najlepiej piratami, superbohaterami albo przynajmniej nieustraszonymi podróżnikami, i przeżywać przygody. Z czasem jednak nauczyłam się doceniać znaczenie ślubów w popkulturze i zauważać, że niektóre bywają całkiem fajne. O, na przykład te w "Przyjaciołach". Pamiętam każdy z nich - bo to były śluby i śmieszne, i wzruszające, i czasem nawet powodujące, że zaczynaliśmy poważnie martwić się o bohaterów.

Po latach gapienia się w ekran pogodziłam się już z tym, że bohaterowie seriali czasem trafiają przed ołtarz. I umiem docenić wysiłki scenarzystów, którzy potrafią sprawić, że coś poczuję, patrząc, jak dwoje ludzi odbiera sobie wolność.

Brnąc przez 9. sezon "How I Met Your Mother", czekałam raczej na koniec tego wszystkiego niż na weselisko. Ale i tak "The End of the Aisle" okazało się potężnym rozczarowaniem. To był ślub, z którego nie zapamiętam kompletnie nic, bo nie wydarzyło się nic wartego zapamiętania. Panikowali i panikowali, a potem takie wielkie... nic. Nie tak powinien wyglądać ważny serialowy happy end, być może zresztą ta para nie powinna mieć happy endu w ogóle, w końcu od dawna tam już nie iskrzy.

Oglądanie po raz kolejny, jak Ted i Robin się rozstają, było prawdziwą torturą. Lily i Marshall nie wypadli lepiej - jeśli rzeczywiście po paru latach małżeństwo staje się aż tak prozaiczne, na miejscu Barneya i Robin uciekałabym jak najdalej. Nie liczyłam na cud, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że na tydzień przed wielkim finałem serial, z którym spędziłam prawie dziewięć lat, będzie miał do zaoferowania głównie "żarty" o kupach. Niech już Ted pozna Matkę i kończmy tę mękę.

Tymczasem w "Shameless"...

...Sheila poślubiła Franka Gallaghera, ale to nie było najważniejsze wydarzenie odcinka. Serial telewizji Showtime, który nagle okazał się być komedią, znów miał mocny odcinek, z którego dowiedzieliśmy się, czemu nie należy ufać lekarzom z Bangladeszu, na co dzień zarabiającym na życie jako taksówkarze. Ale koniec końców nie ma tego złego...

Bolesne było oglądanie Fiony na samym dnie. Chyba przedwcześnie przewidywałam powrót romansu pomiędzy nią a "złym bratem", po czymś takim to raczej niemożliwe. A przynajmniej nie jest to coś, czego byśmy dla niej chcieli. Swoją drogą, Emmy Rossum już od dawna należy się nagroda Emmy za tę rolę. Niekoniecznie w kategorii komediowej.

Zakończył się trzeci sezon "Girls"...

...i to najlepsze, co można o nim powiedzieć: zakończył się. Finał wypadł tak samo przeciętnie, jak cały sezon, i w zasadzie nie wiem, czy chcę oglądać ciąg dalszy. Lenie Dunham udało się stworzyć postacie, których nie lubię i których losy mnie nie obchodzą. Niby to jakieś osiągnięcie, niby to właśnie przyciągało mnie do "Girls" na początku, ale po trzech sezonach jestem nimi zwyczajnie zmęczona.

Dwa lata temu "Girls" wydawało mi się powiewem świeżości, właśnie przez to, że bohaterowie byli zwyczajni, banalni i zajęci sobą, jak większość osób w tym wieku. Dziś to "już nie to samo" - i nawet nie chodzi mi o to, że te postacie powinny rozwijać się tudzież dorastać. Nie, tego się od nich nie domagam.

Ale czemu ich perypetie stały się aż tak nieciekawe!? Rozumiem, czemu Lena Dunham mogła myśleć, że dla Shoshanny będzie dramatem nieskończenie studiów w terminie. Tyle że dla mnie to totalna bzdurka. Tak samo trójkąt, w który uwikłała się Marnie, i początek końca związku Adama i Hannah. Domyślam się, jak te wątki potoczą się dalej, i nie jestem pewna, czy chcę to jeszcze oglądać. Są seriale wielkie i są seriale takie jak "Girls". Wystarczy sprawdzić, co było głównym tematem w poniedziałek. Tak, tak, finał "Girls" to pryszcz w porównaniu z...

...takim zwyczajnym odcinkiem "The Good Wife", ze środka sezonu.

Wciąż nie możecie się pozbierać, po tym co się wydarzyło w "Dramatics, Your Honor"? Ja też. Zabrano nam fantastyczną postać, i to zabrano ją w sposób ostateczny, bez możliwości powrotu, bo to w końcu nie "Revenge". Im dłużej o tym myślę, tym bardziej rośnie mój podziw dla twórców, że zdecydowali się na taki koniec. To wielkie ryzyko, które może, ale nie musi się opłacić.

Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, ale i strasznie się go boję. Nie jestem pewna, czy retrospekcje i "ostatni telefon" to aby na pewno dobry pomysł, ale z drugiej strony rozumiem, że możemy potrzebować katharsis. "The Good Wife" to jeden z nielicznych seriali, które trzymały równy poziom przez ponad 100 odcinków, chyba więc nie czeka nas załamanie formy. Ale cień niepewności jest.

Ponieważ zbliża się pożegnanie z Hankiem Moodym...

...postanowiłam wrócić do "Californication". A że nie pamiętałam, gdzie skończyłam, zaczęłam - to logiczne, nie? - znów od początku. I przypomniałam sobie, jaką rewelacją były pierwsze odcinki i wiele uroku miał Hank, zanim całkiem się stoczył. Nie wiem, czy chcę oglądać ostatnie sezony (jeśli dobrze pamiętam, rzuciłam serial gdzieś w środku sezonu czwartego) i zobaczyć totalny upadek. Bo po co właściwie? Lepiej przeżywać na nowo to, co było dobre.

A co Wy widzieliście w tym tygodniu? Piszcie w komentarzach, tweetujcie i obserwujcie mnie, a także Serialową na Twitterze, bo to właśnie tam mamy zwyczaj prawie na żywo pisać o tym, co oglądamy. Jeśli też coś fajnego oglądacie i chcecie podzielić się tym z nami, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa. My Wasze wpisy odnajdziemy i oczywiście na nie odpowiemy.

I pamiętajcie - widzimy się za tydzień. W tym samym miejscu, o tej samej porze.