Z nosem przy ekranie #57: Szańce, tańce i łamańce

"Arrow" (fot. The CW)

"Arrow" (fot. The CW)

Śnieg zaczął padać bez żadnego dobrego powodu, a w kilku serialach postanowiono to i owo ujawnić. Słowem, Matka Natura udaje, że obchodzi ją zima, a zamknięci w chałupach widzowie próbują dojść, w jakim kierunku podążą ich ulubione produkcje. Spoilery.

Podobno zaliczyliśmy też ostatnio najgorszy dzień roku. Nie wiem, czy było tak rzeczywiście – poniedziałki same w sobie bywają raczej parszywe – niemniej rzeczywiście dziwny był to tydzień. Jeden z takich, po którym człowiek poważnie się zastanawia, czy nie byłoby fajnie, gdyby ludzie mogli zapadać w sen zimowy.

Oczywiście, zanim posiądziemy tę wspaniałą umiejętność, pozostaje zorganizować serialowy maraton i zadbać o wygodną kozetkę, grubą kołdrę, stałe dostawy ciepłych napoi oraz rumu i namówić kogoś na zrobienie łamańców z makiem...

Zaraz, dlaczego akurat łamańce?

A tymczasem...

...w ostatnich dniach Vinnie Jones spędził trochę czasu zarówno w Walencji, jak i w Starling City, a nadrabianie "Galavanta" (podjęte w ostatnich dniach nie tylko przeze mnie) zmieszane z ostatnim odcinkiem "Arrow" spowodowało, że załapałem się na doświadczenie bliskie czemuś, co próbowałem sobie wykrakać kilkanaście dni temu.

I całkiem ciekawie się złożyło, bo naprawdę niewiele odróżnia Garetha od Bricka. Ten pierwszy służy, ten drugi chce, aby jemu służono. Pierwszy, gdy już dorobi się pana, wiernie stoi przy jego boku. Drugi toleruje jedynie dokładne wypełnianie jego rozkazów.

Ich nasiadówa przy wyśnionym stole mogłaby się skończyć szybkim znalezieniem wspólnego języka, a pomogłoby w tym bardzo, dzielone przez obydwu bohaterów, zamiłowanie do tortur i przemocy. Przynajmniej biedny Gareth nie musiałby się więcej przyglądać tłumowi podążającemu śpiewnym krokiem w stronę mitycznych złóż telewizyjnego absurdu, a może i dorobiłby się własnego bastionu lub reduty.

Swoją drogą, skoro już jesteśmy przy "Arrow", to pewna pani prokurator w końcu stała się kanarkiem. Przez prawie dwa i pół roku nie przekonały jej do tego zgony bliskich, nałogi, zawody miłosne, problemy z pracą, trzęsienia ziemi czy najazdy naszprycowanych przygłupów, ale wystarczyło zrzucić w przepaść jednego marudę...

Za to ostatnio...

...w "NCIS: Los Angeles" bawiono się drukarkami 3D i zrobiono to w stylu jakże charakterystycznym dla tej produkcji. Ponieważ nikogo obecnie nie zachwyci wydrukowanie kubka czy pistoletu, a przenośna i poręczna drukareczka również nie jest niczym specjalnym, postanowiono wydrukować całe pomieszczenie za pomocą sprzętu ledwo mieszczącego się na sali gimnastycznej.

Oczywiście kilka scen wcześniej, zobaczyliśmy też skanowanie pokoju, który chciano wydrukować. Rzecz jasna musiał się on znajdować na innym kontynencie w budynku zamienionym w twierdzę przez terrorystów - czegoż innego mielibyśmy się spodziewać po Callenie (Chris O'Donnell) i Samie (LL Cool J) w trakcie przerwy pomiędzy przedpołudniową kawką a pysznym obiadkiem?

A my tu w Polsce drukować będziemy całe seriale! ("NCIS: Los Angeles"/ Fot. CBS)

A my tu w Polsce drukować będziemy całe seriale! ("NCIS: Los Angeles"/ Fot. CBS)


Na kilka chwil...

...wystarczyło włączyć "Elementary", aby wyczuć, że "The Illustrious Client" nie będzie zwykłym odcinkiem. Ogromna w tym zasługa, grającej Kitty Winter, Ophelii Lovibond, której występ spowodował, że te 40 minut, a przynajmniej kilka scen w ich trakcie, stało na bardzo wysokim poziomie.

Nie chciałbym teraz zdradzić zbyt wiele, w końcu sama opowieść nie została jeszcze zakończona, a jej literackie źródło jest zbyt łatwe do znalezienia. Pozostańmy więc przy stwierdzeniu, że jeżeli macie sekundę lub dwie, zobaczcie przynajmniej ostatnie sceny wspomnianego odcinka.

"Elementary" (Fot. CBS)

"Elementary" (Fot. CBS)


Na marginesie...

...kilka dni temu na bloodyelbow.com pojawił się świetny artykuł Karima Zidana o Edzie O'Neillu, a dokładniej o pierwszym zetknięciu się tegoż z brazylijskim jiu-jitsu, a także o jego stosunku do UFC oraz o telewizyjnych żywotach jako Al Bundy ze "Świata według Bundych" i Jay Pritchett z "Modern Family". Szczególnie intrygujące w tym tekście było wspomnienie przez O'Neilla o obciążeniach i wymaganiach, z jakimi muszą sobie radzić aktorzy grający główne role oraz wpływ, jaki może to mieć na kolejne wybory zawodowe. Człowiek od razu zaczyna rozpatrywać w nieco innych kategoriach decyzje niektórych aktorów na przestrzeni ostatnich lat.

W telewizji zabrzmiało...

..."(Don't Fear) The Reaper" grupy Blue Öyster Cult. Utwór wykorzystano w ostatnim odcinku "Constantine" na początku pierwszej z kilku retrospekcji poświęconych przeszłości Chasa (Charles Halford). Patrząc na to, co zaserwowano później, wykorzystanie tego numeru przypominało sposób, w jaki ilustrowane piosenkami są seriale MTV.

Nie żeby było w tym cokolwiek złego.

Tradycyjnie już dajcie znać, jak Wam minęły ostatnie dni. Piszcie w komentarzach, tweetujcie, obserwujcie mnie oraz Serialową na Twitterze, a jak coś fajnego oglądacie i chcecie się tym podzielić, używajcie w tweetach hashtagu #serialowa.

Do zobaczenia!