Kultowe seriale: "Jericho"

"Jericho" (Fot. CBS)

"Jericho" (Fot. CBS)

Dziś w "Kultowych serialach" przypominamy jedną z produkcji, które zostały przedwcześnie skasowane - postapokaliptyczne "Jerycho" (w oryginale "Jericho").

W 2004 roku w ABC zadebiutowali "Zagubieni" i z miejsca odmienili oblicze telewizji. Wszystkie pozostałe stacje także chciały mieć w swoim portfolio produkcje budzące takie emocje. Produkcje tajemnicze, wielowątkowe, wymagające większego zaangażowania ze strony widzów. I tak oto 20 września 2006 roku na antenie CBS zadebiutowało "Jericho" – jeden z seriali, które zakończyły się zdecydowanie za wcześnie.

Buuum!

Jake Green (Skeet Ulrich) po kilku latach nieobecności wraca do swojego rodzinnego, tytułowego miasteczka, aby odwiedzić grób dziadka oraz dawno niewidzianych rodziców (Pamela Reed i Gerald McRaney) i brata (Kenneth Mitchell). Oczywiście rodzinne animozje szybko dają o sobie znać i Jake postanawia czym prędzej wyjechać. Wtedy, niczym najgorszy omen, na niebie pojawia się grzyb atomowy i o ucieczce od rodziny nie ma już mowy. W sumie Jake nie wychodzi na tym najgorzej, bo ten splot tragicznych wydarzeń pozwala mu na nowo spiknąć się z dawną dziewczyną o imieniu Emily (Ashley Scott), a także rozkochać w sobie miejscową nauczycielkę (Sprague Grayden).

Lokalna społeczność zostaje zupełnie odcięta od informacji, ale po jakimś czasie dowiaduje się, że takie ataki przeprowadzono w tym samym momencie w 23 amerykańskich miastach. Widzowie od początku mają wrażenie, całkiem słuszne, że w jakiś sposób z atakami powiązany jest Robert Hawkins (Lennie James) – mężczyzna, który wprowadził się do Jerycha tuż przed tą serią zamachów.

Początkowo serial skupiał się głównie na mieszkańcach Jerycha oraz ich próbach odbudowywania życia w świecie po apokalipsie. W świecie, gdzie dostęp do informacji jest utrudniony, a na żadną pomoc z zewnątrz nie ma nawet co liczyć. Pilotażowy odcinek śledziło niemal 12 milionów widzów – później widownia nieco zmalała, ale utrzymywała się na stabilnym poziomie około 10 milionów. Problemem "Jericho" było to, że pierwsza połowa sezonu nie należała do szczególnie dynamicznych. W drugiej połowie sezonu scenarzyści przestali się skupiać na osobistych problemach mieszkańców, zmarginalizowali niektóre mniej istotne postacie, a zaczęli krążyć wokół wielkiego spisku, który doprowadził Amerykę na skraj przepaści oraz konflikcie Jerycha z pobliskim miasteczkiem New Bern. Jego kulminację mogliśmy zobaczyć w finale 1. sezonu, gdzie doszło do prawdziwej bitwy. Takiej, w której kula w każdej chwili może trafić jakiegoś bohatera, i w której pojawia się nawet czołg.

JERICHO

Moc orzeszków

Niestety, oglądalność finałowego odcinka 1. serii na poziomie 7,7 miliona widzów była dla CBS niezadowalająca – ku zaskoczeniu producentów, którzy byli przekonani, że stacja bez problemu zamówi kolejny sezon. Dziś większość stacji przyjęłaby takie wynik z pocałowaniem ręki, ale siedem lat temu konkurencja była dużo mniejsza i stacje ogólnodostępne mogły grymasić bardziej. Prawda jest jednak taka, że sporą winę za taką, a nie inną oglądalność ponosi samo CBS – "Jericho" nigdy nie było promowane na największy hit tej stacji, którym spokojnie mogło zostać. Poza tym, do spadającej liczby widzów przyczyniła się także trzymiesięczna przerwa w trakcie sezonu. Umówmy się, jego pierwsza połowa, choć dobra, nie była na tyle wybitna, by ludzie z niecierpliwością mieli czekać na kolejne odcinki – wielu z nich zwyczajnie zdążyło o tym serialu zwyczajnie zapomnieć. Efekt? Różnica pomiędzy 11. a 12. odcinkiem to aż 2 milionów widzów. Szybko okazało się jednak, że skasowanie serialu po 1. sezonie wcale nie musi oznaczać jego końca.

Do akcji wkroczyli zdesperowani fani "Jericho", którzy w internecie rozpoczęli kampanię mającą na celu przywrócić serial do życia. W nawiązaniu do jednej ze scen finału wysłali do siedziby CBS dwadzieścia (sic!) ton orzeszków. Stacja miała dwa wyjścia – albo próbować przetrzymać atak i czekać, aż fani serialu się znudzą, albo zrobić sobie dobry PR i udawać stację, która wsłuchuje się w głos zwykłych widzów. Wybrano to drugie rozwiązanie – orzeszki zostały przekazane na cele charytatywne, między innymi odbudowanie miasta Greensburg w Kansas, które zostało zniszczone przez tornado, a CBS zamówiło kolejny sezon. Co prawda było to tylko siedem odcinków, ale zastrzeżono, że jeśli wyniki oglądalności będą satysfakcjonujące, powstanie także kolejna seria.

Ostatnie pożegnanie

"Jericho" z nową serią wróciło na ekrany w lutym 2008 roku. Niestety, twórcy byli z góry skazani na porażkę, bo stanęło przed nimi naprawdę karkołomne zadanie – w ciągu siedmiu odcinków musieli tak poprowadzić fabułę, aby dać widzom satysfakcjonujące zakończenie całej historii, które jednocześnie mogłoby służyć jako wstęp do kolejnego sezonu. I faktycznie, jeszcze lepiej mogliśmy poznać Amerykę po apokalipsie i gdyby widzowie nie zawiedli, zapewne w kolejnej serii obserwowalibyśmy prawdziwą wojnę domową. Niestety, oglądalność spadła jeszcze bardziej, nie pomogły nowe wątki i szybsza akcja. No właśnie, chyba za szybka. Widzom mogło przeszkadzać tak szybkie rozwiązanie całej historii. Fabuła znacznie przyspieszyła i być może trudno było im przyzwyczaić się do takiego tempa. 21 marca, jeszcze przed wyemitowanie finału, który oglądało tylko 6 milionów widzów, ogłoszono, że kolejnej serii nie będzie. Nadzieja umarła po 29 odcinkach. Producenci tym razem byli przygotowani – nakręcono dwa zakończeni, żeby być przygotowanym na każdą ewentualność.

No dobra, nadzieja żyła jeszcze przez chwilę, ale tylko nieliczni wierzyli, że "Jericho" zostanie przywrócone do życia przez jedną ze stacji emitujących powtórki. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i serial umarł tak, jak wiele innych, o wiele gorszych produkcji, choć wcale na to nie zasłużył. Umarł? Nie do końca. "Jericho" kolejny raz powstało z martwych, tym razem w formie komiksu, w którym mogliśmy śledzić dalsze wydarzenia. Podtytuł "Civil War" chyba wyjaśnia, na czym skupiała się fabuła.

Szkoda, że serial dokonał swojego żywota tak szybko, zostawiając wielu fanów z poczuciem totalnego niedosytu. Może nie udało się zdobyć takiego statusu legendy, jak w przypadku "Firefly", ale z pewnością udało się zdobyć wierną rzeszę widzów, którzy pamiętają o "Jericho" do dziś.